Łukasz Kubik

Z WikiPasy.pl - Encyklopedia KS Cracovia
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Łukasz Kubik

Łukasz Kubik.jpg

Informacje ogólne
Imię i nazwisko Łukasz Kubik
Urodzony 2 kwietnia 1978, Kraków, Polska
Wiek 43 l.
Pozycja pomocnik
Wzrost 181 cm
Waga 73 kg
Wychowanek Cracovia
Kariera w pierwszej drużynie Cracovii
Sezon Rozgrywki - występy (gole)
1994/95
1995/96
1996/97
1997/98
2003/04 (j)
3L - 1 (0)
2L - 15 (2)
2L - 31 (1), PP - 1 (0)
2L - 14 (2), PP - 1 (0)
2L - 10 (0)
1906-1919 oficjalne i towarzyskie, od 1920 tylko oficjalne mecze
Kluby
Lata Klub Występy (gole)
1994/95
1995/96
1996/97
1997/98 (j)
1997/98 (j)
1997/98 (w)
1998/99
1999/00
2000/01
2001/02
2002/03 (j)
2002/03 (w)
2003/04 (j)
2003/04 (w)
2004/05
2005/06 (j)
2005/06 (w)
2006/07 (j)
2006/07 (w)
2007/08 (j)
2007/08 (w)
2008/09
2009/10 (j)
Cracovia
Cracovia
Cracovia
Cracovia
KRC Harelbeke
Cracovia
KRC Harelbeke
KRC Harelbeke
KRC Harelbeke
KV Mechelen
KV Mechelen
Royal Excelsior Mouscron
Cracovia
Argeş Piteszti
APÓ Levadiakós
Jagiellonia Białystok
Lechia Gdańsk
ÓF Ierápetras
Odra Opole
Odra Opole
Polonia Słubice
Zwierzyniecki Kraków
Bronowianka Kraków
1 (0)
15 (2)
31 (1)


14 (2)






10 (0)
liczba występów i goli w ekstraklasie i mistrzostwach kraju

j - jesień, w - wiosna


Łukasz Kubik - piłkarz, absolwent liceum.

Wychowanek Cracovii, zdobył MP juniorów w 1990 r.

Syn Dominika, młodszy brat Arkadiusza.

Wywiad z Arkadiuszem i Łukaszem Kubik

""Overmars nie chciał wymienić się koszulką". Przypominamy braci Kubików" -
sport.tvp.pl

"Overmars nie chciał wymienić się koszulką". Przypominamy braci Kubików

Fryzura na czeskiego piłkarza. Fortuna na rachunki telefoniczne. Ustawiony(?) mecz Legii z Górnikiem o tytuł mistrzowski. Kłótnie w Cracovii. W prokuraturze za baraże. Puste kontrakty w Grecji. Bracia Arkadiusz (rocznik 1972) i Łukasz (rocznik 1978) Kubik mają za sobą ciekawe kariery, a dziś obaj nadal tkwią w świecie piłki, choć z dala od wielkiego futbolu.

Mateusz Miga, TVPSPORT.PL: – Wasz ojciec był piłkarzem Cracovii. Byliście skazani na Pasy? Arkadiusz Kubik: – Siłą rzeczy tak. To były czasy, gdy każdy chłopak wracając do domu rzucał tornister w kąt i szedł grać w piłkę. Skoro tata grał w Cracovii to siłą rzeczy i nam bliżej było do tego klubu. W wieku 8 – 9 lat zaliczyłem pierwszy trening, a potem ciągnąłem za sobą brata. Mimo, że jest młodszy o sześć lat, okazjonalnie trenował z naszą grupą.

– Sześć lat u dzieci to przepaść. A: – Tak, ale dawał sobie radę. Łukasz Kubik: – Cracovia była dla nas naturalną drogą. Mieszkaliśmy na Krowodrzy, a więc na wiślackim osiedlu, ale nie mieliśmy z tego powodu problemów.

– Pan dwukrotnie do Cracovii wracał mimo tego, że była ciągle w opłakanym stanie. Ł: – Tak było. Brat przeniósł się do Górnika, w 1996 wyjechał do Belgii, a ja cały czas byłem związany z Cracovią, z której byłem powoływany do młodzieżowej reprezentacji. W Belgii Arek wspomniał, że ma młodszego brata, więc pojechałem tam na chwilę, by się pokazać. Spędziłem tam trochę czasu, ale pojawiły się problemy z dokumentami wynikające z faktu, że byłem na granicy pełnoletności, a do tego zawodnikiem spoza Unii Europejskiej. Ustaliliśmy, że wrócę na pół sezonu do Cracovii, by dograć ligę, a przy okazji załatwić wszystkie kwestie związane z przeprowadzką. Za drugim razem zostałem w Belgii na pięć lat. Ponownie wróciłem do Cracovii w 2003 roku, gdy pojawił się Janusz Filipiak. Złożyli fajną propozycję, rozpoczęła się budowa drużyny pod kątem Ekstraklasy. Profesor włożył w to spore środki czym przekonał mnie do powrotu. Ale jakoś nie mogłem znaleźć wspólnego języka z trenerem Wojciechem Stawowym i po pół roku ruszyłem ponownie w świat.

– W sezonie 2003/04 aż osiemnaście spotkań Cracovii było ustawionych. Zagrał pan w jednym z nich. Pojawił się w końcówce meczu z Ruchem Chorzów wygranym przez was 2:1. Ł: – Powiem szczerze, że teraz dowiaduje się, że występowałem w tych meczach. W Cracovii zmontowano dobrą ekipę, ja nie grałem zbyt regularnie. A teraz dodatkowo wychodzą takie rzeczy...

– To był sezon hańby, bo ustawione były nie tylko mecze Pasów. Ł: – To były zwariowane czasy. Zapewniam jednak, że to było poza mną, o niczym nie wiedziałem. Dowiaduję się dopiero teraz. Wstyd, ale no cóż zrobić.

– Wcześniej Cracovię opuścił Arek, wybierając Górnika Zabrze, w którym właśnie kończyła się mocarstwowa era. A: – Kopalnie przestawały dawać pieniążki. Prezesem był pan Władysław Kozubal. Wciąż mieliśmy niezły skład, przyszło też kilku olimpijczyków, w tym np. Jerzy Brzęczek. Do Górnika sprowadził mnie Janusz Kowalik. Tak się złożyło, że w przeszłości jego ojciec prowadził mojego ojca w Cracovii, więc gdy pan Kowalik szukał młodych zawodników do Górnika, padło na mnie. W przeszłości grał w Holandii, stawiał na ciężki trening i profesjonalne podejście, co wtedy w Polsce nie było normą. W Górniku zostałem na 3,5 roku.

– To był transfer gotówkowy? A: – Tak i była to była kwota w dolarach. Mam wątpliwości jednak, czy pieniądze te trafiły do klubu czy do kogoś innego. W tamtych czasach klub żył z pożyczek od sponsorów, więc pieniądze krążyły w różny sposób. Było ciężko, my nieraz autentycznie kąpaliśmy się w zimnej wodzie.

– Jaka to była kwota? A: – Z tego co słyszałem to ponad 100 tysięcy dolarów.

– Nieźle! Szczególnie jak na tamte czasy. Święto w Cracovii. A: – Pewnie tak, ale nie wiem, w których kręgach.

– Kozubal za to był znany z tego, że dużo obiecywał... A: – … ale mało robił. Wkrótce po moim przyjściu Kowalik został zwolniony, bo zawodnicy skarżyli się na ciężkie treningi. Podszedł do tematu zbyt profesjonalnie, a tamci piłkarze mieli nieco inne podejście. Po Kowaliku przyszedł Alojzy Łysko, który później też pracował w Cracovii, później nastał czas Henryka Apostel. Za jego kadencji mieliśmy fajny skład, a po rundzie jesiennej byliśmy na pierwszym miejscu. Zimą Apostel odszedł do reprezentacji, nas objął Edward Lorens, a o tytule decydował sławetny mecz z Legią na Łazienkowskiej. Prowadziliśmy 1:0, a sędzia Sławomir Redziński wyrzucił nam trzech zawodników i kończyliśmy w ósemkę. Straciliśmy gola i tytuł.

– Wiele się mówiło i pisało na temat tego meczu. Pańska opinia? A: – To był ostatni mecz Rędzińskiego i dla mnie to najlepsza odpowiedź.

– Mówi, że niepotrzebnie zrezygnował, ale presja go zabiła. A: – No tak, ale walizkę na pewno sporą dostał, więc nie dziwmy się.

– Piłka lat dziewięćdziesiątych była szalona. Czyste mecze też się zdarzały? A: – W każdym sezonie działy się dziwne rzeczy, różne podchody i układy. Ja byłem młodym zawodnikiem, chciałem grać i nie byłem zainteresowany sprzedawaniem czy kupowaniem meczów.

– W szatni nigdy nie widział pan nic podejrzanego? A: – Nie. To działo się poza młodymi chłopakami. Tu swoją rolę do odegrania mieli starsi piłkarze, wraz z działaczami, prezesami...

– Z Górnikiem liznęliście Europę. A: – Graliśmy w Pucharze Intertoto i Pucharze UEFA. Z Shamrock Rovers wygraliśmy wysoko i trafiliśmy na Admirę Wacker. Pierwszy mecz przegraliśmy na wyjeździe 2:5, co praktycznie ustaliło losy rywalizacji. To był nasz maks.

– W Austrii nie chcieli was wypuścić z hotelu, bo działacze "zapomnieli" zapłacić rachunku. A: – Faktycznie, był taki incydent, ale nie pamiętam szczegółów.

– Z tamtego okresu został pan zapamiętany jako człowiek, który zatrzymał Marca Overmarsa. A:– Utrecht, mecz reprezentacji młodzieżowych. Grało mi się w tym spotkaniu naprawdę dobrze, a poza tym wygraliśmy. Fajnie, że ktoś o takich rzeczach pamięta. Każdy ma jakieś swoje pięć minut.

– Grzegorz Bronowicki już zawsze będzie tym, który zatrzymał Cristiano Ronaldo. A: – Overmars faktycznie sobie wtedy nie radził. W gazetach mówił potem, że miał niezłego przeciwnika, który robił wszystko, by się nie rozpędził i nie dochodził do sytuacji strzeleckich.

– Rozumiem, że maczał pan palce w transferze brata do Belgii? A:– Oczywiście. Powiedziałem, że jest młodszy, perspektywiczny. Nasi wysłannicy byli w Krakowie, by zobaczyć go na żywo, potem Łukasz dostał zaproszenie do Belgii. Trochę się to przedłużało z powodu wspomnianych problemów z dokumentami.

– Transfer z biednej Cracovii do ligi belgijskiej musiał być jak złapanie pana Boga za nogi. A: – Polska to była wówczas pełna amatorka. W Cracovii i Górniku było bardzo ciężko. Przeskok był ogromny. Infrastruktura, podejście klubu do zawodnika, regularne wypłaty. Po transferze dostałem do pomocy człowieka, który był przy mnie przez pierwsze miesiące i pomagał w odnalezieniu się w nowym miejscu.

– W Harelbeke prowadził pana Henk Houwaart. W Polsce to nieznane nazwisko, ale w Belgii spora figura. A: – Tak, W Harelbeke pracował sześć lat i po barażach wprowadził nas do Ekstraklasy. Wyrobił sobie nazwisko i był bohaterem transferu, bo miał ważny kontrakt, a wykupił go Genk. Później objął Royal Antwerp, gdzie i ja dołączyłem po krótkim pobycie w Zagłębiu Lubin. Tym razem pomógł mi młodszy brat. Przypomniał Houwaartowi o moim istnieniu i mogłem wrócić do Belegii. Ł:Ł: – Byłem z trenerem w kontakcie telefonicznym i wspomniałem o bracie. A: – Zadzwonili i usłyszałem: "Przyjeżdżaj". Zagrałem dwa mecze w drugiej drużynie, strzeliłem cztery gole, prezydent klubu był zadowolony, trener też i zostałem. W Zagłębiu spotkałem trenera Stefana Majewskiego. Rozegrałem tylko cztery mecze i rozwiązałem kontrakt.

– Jak odnaleźliście się w Belgii pod względem taktycznym? W Polsce w latach 90. nie poświęcano temu tematowi zbyt wiele uwagi. A:– Belgia to zlepek narodowościowy. Trenerzy z różnych stron świata, a zawodnicy tym bardziej. Aklimatyzacja nie była prosta, a w szatni mieszało się wiele języków. Przed meczami główna odprawa była po niderlandzku, a dwie inne odprawy po angielsku i francusku. Na boisku było łatwiej, bo tu jest mniej gadania. Imponowała mi szerokość kadry trenerskiej. Był trener odpowiedzialny za piłkarzy ofensywnych, inny trener odpowiadał za grę obronną, a jeszcze inny za bramkarzy. Fajnie nam szło, byliśmy blisko czołówki, awansowaliśmy do Pucharu Intertoto. Odpadliśmy po dwumeczu z Sampdorią. To był miły epizod. W lidze belgijskiej rządziły wtedy Anderlecht, FC Brugge i Standard Liege. Nie było szans, by ich przeskoczyć. Raz udało się to Genk. Mecz decydujący o tytule grali na naszym stadionie. Pamiętam, że dokładano trybuny, bo tylu kibiców gości się pojawiło. Mi czas w Belgii bardzo dużo dał. Mogło być lepiej, ale mogło też być gorzej.

– Łukasz szybciej się odnalazł w Belgii? Ł: – Początkowe problemy wynikały z bariery językowej. Znałem angielski, ale zbyt słabo, by się komunikować. Początkowo pomagał mi brat, ale w pewnym momencie powiedział: "radź sobie sam", przymuszając mnie w ten sposób do przyłożenia się do nauki. Było mi łatwiej o tyle, że szybko zacząłem grać. To nie były jeszcze czasy jakieś bardzo skomplikowanej taktyki, ale na pewno było to na bardziej zaawansowanym poziomie niż w Polsce.

– Podejrzewam, że dopiero w Belgii zaczęliście zarabiać naprawdę duże pieniądze. A: – Fakt, bo w Górniku też było bez szału. Transfer do Belgii oznaczał spory przeskok.

– Na co poszły pierwsze pensje? A: – Na telefony do Polski! Oj dużo się wydawało na rozmowy telefoniczne. Na dzisiejsze byłoby to z pięć tysięcy złotych miesięcznie.

– No tak, nie było Skype czy Whatsappa. A: – Dziś brzmi to śmiesznie. Do Belgii przeniosłem się z żoną. Ja na trening, a żona wisiała na telefonie. Efektem były gigantyczne rachunki, które mocno utkwiły mi w pamięci.

– W Harelbeke znów graliście razem. Lubiliście taki stan rzeczy? Bracia Mak stwierdzili kiedyś, że rozłąka im pomogła. A: – Najważniejsze, że nie walczyliśmy między sobą o miejsce na boisku. Ja lewa strona, brat prawa i tyle. Stykaliśmy się ze sobą tylko podczas treningów.

– Nie graliście nigdy przeciwko sobie w lidze? Ł: – Nie. Ani w Belgii, ani wcześniej w Polsce.

– Ciężko by było? Ł: – Na pewno A: – Woleliśmy mieć wspólny cel i dogadywaliśmy się naprawdę bardzo dobrze.

– Po Belgii spotkaliście się też w Jagiellonii, gdzie trenerem był Adam Nawałka. Nie poszło mu tam zbyt dobrze. Ł: – Problem polegał na tym, że trener Nawałka wyprzedzał cały klub. Jagiellonia nie była na niego gotowa. Myślał krok do przodu, chciał budować klub, ale działacze nie byli na to przygotowani. Dlatego mu się nie udało.

– Powrót z Belgii był szokiem? A: – Trochę się w polskiej lidze poprawiło, przede wszystkim pod względem infrastruktury. Zmieniło się też podejście zawodników. Stali się bardziej profesjonalni.

– A w porównaniu do Belgii? A:– Byli już blisko.

– Na pewno? Nawet dziś nam daleko! A: – Może nawet nieco dalej niż wtedy. W Polsce wtedy szło ku lepszemu. Czuć było, że zawodnicy naprawdę chcą coś osiągnąć, przede wszystkim marzyli o wyjeździe zagranicznym. Teraz wyjeżdżają w młodym wieku i nie wiem, czy jest to dobre. Ł:– Jak ja pojechałem do Belgii w wieku 19 lat to od razu grałem. Wielu Polaków nie dało sobie później rady w Belgii. A my obaj z bratem regularnie graliśmy w pierwszej jedenastce. A: – A nie było przebacz. Każda gierka to było zakładanie desek pod getry. Walka była jednak fair. Z prezesem każdy na premie umawiał się indywidualnie, a w razie wygranej wszyscy dostawali sto procent, bez względu na to, czy grali, czy siedzieli na ławce rezerwowych. Dzięki temu nie było zawiści.

– Skąd wiedzieliście, jaką premię sobie zażyczyć? A: – Miałem menedżera, którym był ś.p. już Fernand Goyvaerts. W przeszłości grał w Barcelonie i w Realu Madryt. To on sprowadzał mnie do Belgii i negocjował warunki. Ł:– Mi też pomagał, przed rozmową podał widełki, czego mogę się domagać. Bardzo szybko doszedłem do porozumienia.

– W tamtym czasie chyba niewielu piłkarzy miało agenta? A: – Niewielu. Miałem szczęście, że na wspomnianym meczu w Utrechcie był też pan Goyvaerts. Janusz Kowalik przedstawił mnie po meczu i szybko doszliśmy do porozumienia, a potem znalazł mi klub.

– Belgia to nie jest kraj, gdzie prezes wchodzi do szatni z walizką pieniędzy? A: – Nie. Pamiętam jednak taką sytuację. Do przerwy przegrywaliśmy z Beveren 1:3. Do szatni wszedł jeden ze sponsorów i powiedział, że jak wygramy to premia będzie trzy razy większa. Wygraliśmy 5:3. Ł: – Też grałem w tym meczu. W Polsce pieniądze były wypłacane w kasie do ręki. W Belgii pieniądze szły bezpośrednio na konto. To było trzy, cztery kroki przed Polską. W wieku 18 lat wyjechałem zagranicę, dostałem kontrakt, mieszkanie i samochód. To był wielki przeskok.

– Jakie to było auto? Ł: – Sponsorował nas Renault i co roku wymieniali nam samochody. A: – Ja dostałem model Megane. Na liczniku miał przejechane 6 km. Samochody były podpisane naszym imieniem i nazwiskiem.

– O, to trudno było się ukryć. A: – To było małe miasteczko, więc każdy każdego znał. Ł: – Z mojej kochanej Cracovii to był jak przeskok do innego świata.

– Przy okazji drugiego powrotu do Cracovii pokłócił się pan z działaczami. Ł: – Pokłócił to za dużo powiedziane. W Belgii byłem przyzwyczajony do pewnych standardów i mocno mnie denerwowały te braki. Powiedziałem głośno to, o czym po cichu mówiono w szatni. Dziś żałuję, bo wiem, że ludzie w klubie się starali, by zrobić profesjonalny klub. Teraz mając kilkanaście lat więcej i więcej doświadczenia, przepraszam za tamte słowa.

– Jest o tym nawet na Wikipedii. Ł: – No właśnie. Ciągle jest mi to wypominane i dziś mogę tylko przeprosić.

– Kto wtedy działał w klubie? Ł: – Prezesem był Paweł Misior, a działał już Jakub Tabisz, bo z nim rozmawiałem na temat umowy. Do spraw klubowych oddelegował go Janusz Filipiak, który z Comarchem wszedł właśnie do Cracovii.

– Arek dwukrotnie grał w barażach o Ekstraklasę – w Widzewie i Jagiellonii. A:– W Widzewie graliśmy przeciwko Odrze Wodzisław. W pierwszym meczu przegraliśmy 1:3. Piłkarze Odry wychodzili z siebie, biegali, jakby mieli motorki w sobie. Zaskoczyli nas zaangażowaniem i wolą walki na niesamowitym poziomie.

– Trenerem Widzewa był wtedy Stefan Majewski. A: – Tak. W Jagiellonii graliśmy z Arką Gdynia. Posądzono mnie o strzelenie samobójczego gola. Zapewniam, że nie dotknąłem w tej sytuacji piłki, choć mogło to tak wyglądać.

– W Białymstoku dużo mówiło się o tej bramce... A: – Poszła fama, że Jagiellonia sprzedała ten mecz, ja też słyszałem różne głosy na mój temat. Nic takiego nie miało miejsca i zostałem oczyszczony z zarzutów.

– Przez prokuraturę, tak? A: – Tak. Musiałem jechać do Wrocławia. Byłem tam raz i powiedziałem wszystko, co wiedziałem na temat tego meczu. Nie wiem, co się działo poza boiskiem, czy do czegoś doszło, ale prawda jest taka, że Arka była po prostu lepszą drużyną. Po tym meczu klub podziękował kilku chłopakom, ja odszedłem z powodu kontuzji. Przez rok leczyłem przepuklinę pachwinową. Mało osób wie, że przez trzy ostatnie miesiące grałem na środkach przeciwbólowych.

– Łukasz wylądował w Rumunii. Skąd taki pomysł? Ł: – Po półrocznym pobycie w Cracovii rozwiązałem kontrakt. Pojechałem do brata do Antwerpii z nadzieją, że uda się załapać albo znaleźć inny zespół. W Belgii było już zamknięte okienko, za to w Rumunii wciąż mogli popisywać kontrakty z nowymi piłkarzami. Skontaktował się ze mną jeden z tamtejszych agentów. Arges Pitesti właśnie stracili środkowego pomocnika na rzecz Steauy Bukareszt. Od słowa do słowa i pojechałem. Mogłem tam pograć kilka miesięcy albo mieć wolne. Kierunek dość egzotyczny, ale było w porządku. Zagrałem jeden test-mecz po śniegu kostki, ale widocznie było OK, bo trener był zadowolony. Specyficznie było to zorganizowane, ale dobrze wspominam ten wyjazd. Nowy kraj, nowy system grania, nowe podejście do piłki.

– Co było takiego specyficznego? Ł: – Każdy klub miał swój ośrodek treningowy, w którym przebywaliśmy tydzień przed meczem. Zawodnicy mieszkający w danej miejscowości mogli na pół niedzieli wyskoczyć, by pobyć z rodzinami, a wieczorem wracali do ośrodka. I tak tydzień w tydzień.

– Chyba można umrzeć z nudów. Ł: – Rozrywek dużo nie było, bo trenowaliśmy dwa, trzy razy dziennie. Skumałem się z jednym Chorwatem, to czasem jechaliśmy na miasto zagrać w bilarda. Tak próbowaliśmy odreagować. Zazwyczaj oglądaliśmy po prostu rumuńską telewizję, która pokazywała wszystkie mecze ligowe. Od czasu do czasu pojechaliśmy do Bukaresztu. Jechało się jedyną wówczas autostradą w Rumunii, zresztą bardzo dziurawą. Taki wypad nie mógł trwać długo, bo wieczorem trzeba było być z powrotem. Kontrolowane aż do bólu.

– Potem wylądowałeś w greckim Levadiakosie. Ł: – Zrobiliśmy awans do ekstraklasy, ale nie zostałem dłużej w klubie. Mimo awansu trener stracił pracę, a piłkarze nie otrzymywali wypłat.

– Duże zaległości? Ł: – Około trzech miesięcy. Pamiętam jak dziś – kończył mi się kontrakt i poszedłem do prezesa porozmawiać na temat nowej umowy. Chciałem załatwić to przed wyjazdem do Polski. Prezes siedział w restauracji w otoczeniu ochroniarzy. Podsunął mi pusty kontrakt i mówi: "podpisz, a jak wrócisz wszystko będzie załatwione". Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem. Odpowiedź na pytanie o zaległości była podobna. Wróciłem do Polski, do Jagiellonii, potem była Lechia i znów Grecja, tym razem Kreta. I ponownie podobna historia. Chodziło się do prezesa, by wypłacił pieniądze. To ciężki temat w Grecji. Mają fioła na punkcie piłki, ale jak przychodzi do płacenia to ich nigdy nie ma. Ciągle słyszałem "avrio", czyli jutro. I tak w kółko.

– Nie umiał pan podjąć decyzji o zakończeniu gry w piłkę. Ł: – Ja cały czas gram! Na poziomie amatorskim, ale od dziesięciu lat jestem w Bronowiance czynnym zawodnikiem. W tym momencie jestem grającym trenerem. Pomału odczuwam, że lata lecą, ale wciąż czuję się na tyle dobrze, że gram. Ostatnio miałem półroczną przerwę spowodowaną pierwszą poważną kontuzją w karierze. Zrobił mi się ganglion na nerwie strzałkowym przy kolanie. A to spowodowało, że opadła mi prawa stopa. Musiałem przejść operację. Teraz jestem po rehabilitacji i chcę dalej grać. Mam za sobą okres przygotowawczy.

– W Bronowiance prowadził pan Aleksandra Buksę. Ł: – Tak, ale to były moje początki w Bronowiance, a i on dopiero zaczynał, miał raptem siedem lat. Taki pyrtek mały. Prowadziłem rocznik 2001, a on trenował z nami, choć był dwa lata młodszy. Już wtedy było widać, że ma naprawdę duży potencjał. Grał z chłopakami dwa lata starszymi, a odstawał jedynie fizycznie. Wtedy był to mały kajtek, jak teraz widzę go w telewizji to wyskoczył w górę. Lewą nogę miał niesamowitą. Nie dziwię się, że trafił do Wisły. W Cracovii w CLJ gra mój wychowanek z Bronowianki Leo Barański, pomogłem mu w przenosinach. Gdy pracowałem w Cracovii jak trener ściągnąłem tak Michała Rakoczego, który już gra w pierwszej drużynie Pasów.

– Pan pracuje z młodzieżą, Arek z prowadzi A-klasową Cedronkę Wola Radziszowska. Zmagacie się z najróżniejszymi problemami. Co jest najtrudniejsze poza tym, że trzeba zebrać skład? A: – To jest najważniejszy problem. Prezes i zarząd klubu robią wiele, by piłkarze mieli właściwe warunki do treningu. Wiadomo, że to tylko amatorka, hobby. Po pracy trzeba przyjść na trening, czasem się nie chce, albo coś wypadnie. Bywa, że trudno sklecić jedenastkę, ale takie uroki pracy w niższej lidze. Ja lubię wyzwania i wciąż mnie to cieszy, mobilizuje do dalszej pracy. Mam dobry kontakt z zawodnikami. Rok temu zajęliśmy drugie miejsce, teraz po rundzie jesiennej zajmujemy to samo miejsce. Wiem, że jest chęć awansu i spróbujemy powalczyć.

– Zdarza się ciągać zawodników z imprezy? A: – Zdarza się, że zawodnicy mało śpią. Delikatnie mówiąc.

– Potem grają na fantazji. A: – Każdy jest człowiekiem. Umówiłem się z nimi na grę w otwarte karty. "Masz problem to przyjdź, pogadamy". Czasami trzeba przymknąć oko, by jakoś to funkcjonowało. A teraz dodatkowo chłopaki dostają premie meczowe, co jest fajnym dodatkiem.

– Bycie trenerem młodzieży w Polsce jest łatwe? Ł: – My jesteśmy pasjonatami. Trenerzy mają dużą wiedzę, którą chcieliby przekazać, ale jest to bardzo trudne. Często jest tak – jedno boisko, a drużyn dziesięć. Jak to pogodzić? Dzieli się boisko na połówki, na ćwiartki. Boisk brakuje, a dzieci, które chcą grać jest coraz więcej. Nie ma gdzie szkolić. Większość z nas ma inną pracę, która jest głównym źródłem przychodu.

– U was tez tak jest? Ł: – Ja pracuję w Bronowiance, gdzie prowadzę seniorów i w Krakusie jako trener juniorów młodszych. Prowadzę też mały biznes niezwiązany z branżą, Żona również pracuje, więc jakoś spinamy nasz domowy budżet. A: – Znam trenerów, którzy mieli i po pięć klubów. Jak był konflikt terminów to wysyłali żonę, by stała z boku boiska i pilnowała chłopaków. Ciężko jest wyżyć z pracy trenera. Ja mam też inną pracę.

– Jak to jest z tą młodzieżą? Łukasz wspomniał, że jest sporo dzieci do gry. A często słyszymy, że wolą internet i smartfony. Ł: – Trzeba to podzielić na mniejsze i większe kluby. Jak jesteś w klubie z Ekstraklasy, grasz w Centralnej Lidze Juniorów, masz szansę na karierę, to podejście jest inne i zaangażowanie większe. W mniejszych klubach, jak u nas, im starsze dziecko tym jest trudniej zachęcić do treningu. W najniższych kategoriach wiekowych mamy sporo dzieci, potem zaczynają wygrywać inne pokusy. Wszystko tylko nie trening. Czasem nie wiadomo jak postępować, bo jak walniesz pięścią w stół to chłopak może się obrazić. Trzeba umieć znaleźć wspólny język. Mi to się udaje, bo na moje treningi chłopaki chcą przychodzić.

– Jak patrzycie wstecz, który z was w większym stopniu wykorzystał swój potencjał. Komu wróżono większą karierę? A: – O mnie mówili, że leń. Pewne rzeczy chyba przychodziły mi zbyt łatwo. Może trzeba było włożyć więcej pracy i grałbym na zdecydowanie wyższym poziomie? Mogę tego żałować, ale z drugiej strony przez 10 lat byłem zawodnikiem na ekstraklasowym poziomie. Przez większość kariery funkcjonowałem jako podstawowy zawodnik. Miałem oferty z innych krajów, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie.

– Skąd? A: – Była możliwość wyjazdu do Hiszpanii, ale plany pokrzyżowała kontuzja. Nie pamiętam klubu, ale to była Primera Division.

– Barcelona czy jakoś tak? A: – Akurat, jak wspomniałem, mój menedżer grał i w Barcelonie i w Realu, więc jest to tam znana postać. Ł:Ł: – Wracając do poprzedniego pytania powiem tak: gdybym miał tę głowę co dziś, inaczej pokierowałbym moją karierą. Ale było też sporo plusów, poznałem różne kraje, różne kultury. A: – … a ja w kadrze nie zaistniałem.

– Skończyło się na dwóch meczach za Henryka Apostela. A: – Tak. Po wyjeździe do Belgii trochę zniknąłem z pola widzenia. Gdybym został w Polsce tych występów mogło być więcej.

– Kadra to wtedy była pełna amatorka. A: – Organizacyjnie było bardzo ubogo. Pamiętam tournée do Kolumbii. Było ciekawie, choć nie graliśmy międzynarodowych spotkań.

– Jechało się, by PZPN zarobił parę dolarów. A: – Pewnie tak. Polecieliśmy do Bogoty, a wtedy niedaleko było mocne trzęsienie ziemi. W Polsce bali się o nas, bo odległość była nieduża, ale na szczęście nie odczuliśmy tego zbyt mocno. Pamiętam niesamowitą wilgotność. Po pięciu minutach pot lał się z ciebie strumieniami.

– Starszy brat musiał bronić czasem młodszego na dzielni? A: – Nie. My od początku byliśmy skupieni na piłce. Graliśmy też w domu, ja głową, Łukasz nogami. Szły szklanki, szyby, doniczki z kwiatami. Mama nieraz wytargała nas za uszy.

– Mam tu jeszcze zdjęcie z pańską fryzurą. A: – Hahaha! Ł:Ł: – O rany Julek!

– Długo trzeba było hodować taki fryz? A: – To była popularna wówczas fryzura. Tak się nosił Tomek Wałdoch, Arek Kampka czy Rysiek Staniek.

– Jak się nazywała? A: – Na Czecha. Ł: – Czeski metal!

– Długo pan tak się nosił? A:– Długo. Ściąłem chyba w wieku 28 czy 29 lat. Znajoma fryzjerka przyszła do domu i trzy razy pytała, czy na pewno ścinamy.

– Patrzcie na te zdjęcia, na te stroje.

A: – Przypomniał mi się jeszcze ten mecz, gdy się mierzyłem z Overmarsem. Chcieliśmy wymienić się z koszulkami, ale oni nie byli zainteresowani. Nasze stroje były takie, że ja musiałem pięć razy podwijać rękaw i jeszcze podlepić plastrem, bym nie wyglądał, jakbym uciekł z psychiatryka. Sportowo nie odbiegaliśmy, ale sprzętowo bardzo. Za to pod względem zaangażowania zdecydowanie ich przewyższaliśmy.
Źródło: sport.tvp.pl 15 marca 2020 [1]