1935-10-13 Legia Warszawa - Cracovia 3:2

Z WikiPasy.pl - Encyklopedia KS Cracovia
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania

Herb_Legia Warszawa

Trener:
(bez trenera)
pilka_ico
Liga , 16 kolejka
Warszawa, niedziela, 13 października 1935

Legia Warszawa - Cracovia

3
:
2

(2:0)



Herb_Cracovia

Trener:
Alois Pulpittel
Skład:
Keller
Martyna
Szczotkowski
H. Przeździecki
Cebulak
Kubera
Rajdek
Wypijewski
Nawrot
Maurer
Wypijewski

Ustawienie:
2-3-5

Sędzia: Gruszka
Widzów: 2 000

bramki Bramki
Wypijewski (8')
Nawrot (30')
Wypijewski (70')
1:0
2:0
3:0
3:1
3:2



Kossok (86')
Szeliga (89')
Skład:
W. Pawłowski
Pająk
Doniec
Góra
Grünberg
Bialik
Zembaczyński
Kossok
S. Malczyk
Szeliga
Kisieliński

Ustawienie:
2-3-5


Opis meczu

"Legja zwycięża w dobrym stylu
Cracovia przed widmem spadku" -
Przegląd Sportowy

Legja zwycięża w dobrym stylu
Cracovia przed widmem spadku

Bramki dla Legji zdobyli: Wypijewski 2, Nawrot 1, dla Cracovii Kossok (z wolnego) i Szeliga po jednej. Sędziował p. Gruszka ze Śląska.

Legja: Keller; Martyna, Szczotkowski; Kubera, Cebulak, Przezdziecki II; Rajdek, Maurer, Nawrot, Przezdziecki I, Wypijewski.

Cracovia: Pawłowski; Pająk, Doniec; Góra, Grünberg, Bialik; Zembaczyński, Kossok, Malczyk, Szeliga, Kisieliński.

W 85-ej min. wynik brzmiał jeszcze 3:0 dla Legji! Hazardzistom otwierały się doskonałe widoki. Na trybunach przyjmowano bowiem zakłady 5:1, że Cracovia nie strzeli już bramki honorowej. Tymczasem... pięć minut starczyło na gruntowne zmienienie wyniku, a czego wniosek: w piłce możnej niema mocnych!

Czy ewentualne przedłużenie gry o te dalsze pięć minut przyniosłoby Cracovii wyrównanie – tego nie chcemy przesądzać! Faktem pozostaje bowiem, że krakowanie na przegraną zasłużyli. Byli oni drużyną pod każdym względem słabszą od przeciwnika. Mniej pewnie spisywał się bramkarz „białoczerwonych”, znacznie słabszą była obrona, gorzej o pół klasy (skromnie licząc) grała pomoc, a napad, mając kilka lepszych zagrań, nic nie potrafił zrobić, ponieważ sztuka zdobywania bramek była dlań tajemnicą, zamkniętą na siedem spustów. Ale nie na tem koniec!

Cracovia ustępowała Legji w szybkości, w starcie i w taktyce. Była ona zlepkiem najrozmaiciej poruszających się członów, które nie potrafiły skoordynować pracy swej w jedną harmonijną całość. Na tem polu różnica była szczególnie uderzająca, gdyż dotychczas do stałych zalet Cracovii w lepszych i gorszych czasach należała – zespołowość. Drużyna krakowska grała stanowczo gorzej, niż w czasie pierwszych swych dwu występów na wiosnę.

Być może, że na słabą formę wpłynęło zdenerwowanie spowodu niepewnego jutra. Po kilku niezłych akcjach wkradł się w szeregi gości chaos, którego nikt nie potrafił opanować. Chyba tylko na konto nerwów zapisać należałoby bowiem słabą grę Dońca, który popełniał błędy, jakich nie widzieliśmy na meczu z Austrją. Partner jego, Pająk, nie był naturalnie lepszy. Obydwaj popełniali zasadniczy błąd taktyczny: skupiwszy się na polu karnem czekali na przeciwnika, pozwalając mu spokojnie podjeżdżać pod własną bramkę. Jakże inaczej zachowywał się Martyna, wyłaniający się ze wszystkich kątów boiska?!

Bramkarz Pawłowski nie miał w tych warunkach łatwego zadania, tembardziej, że dezorjentowano go, wykopując wprost z rąk piłki. Nie chcemy wydawać o nim opinji na podstawie pierwszej znajomości, odnieśliśmy jednak wrażenie, że reakcje nie jest dostatecznie szybka.

Najbardziej zaskoczyła nas gra pomocy krakowskiej, o której słyszeliśmy ostatnio tyle pochlebnych głosów. Tymczasem w linji tej popełniano kapitalne błędy, które w rezultacie sprowadziły klęskę. Grünberg w defenzywie niezbyt pewny, walił bez namysłu piłki do przodu, gdzie stawały się one łatwym łupem pomocy i obrony Legji. W momentach, w których można było pozwolić sobie na spokojny stopping i precyzyjne podanie do ataku następowały nerwowe wykopy, gdzieś na boki, niby – do skrzydeł.

W sytuacjach, gdzie czas był najwyższy wyzbyć się piłki, próbował Grünberg jeszcze trochę podribblować i w rezultacie pojedynek... kończył się klęską. Rzeczą środkowego pomocy było również forsować a wszelką cenę grę przyziemną, gdyż przy górnych czy półgórnych piłkach szybszy i twardszy przeciwnik miał z miejsca zapewnioną przewagę.

Bardzo blado wypadł tym razem Góra. Również i on nie potrafił nawiązać kontaktu z przednią linją, a pozatem dawał się objeżdżać Wypijewskiemu i Przezdzieckiemu. Stosunkowo lepiej spisywał się natomiast Bialik.

Atak Cracovii był instrumentem niejednolitym. Wstawienie Kossoka nie wiele pomogło. Kilka ładnych fint, niezłych pomysłów, nie mogło pokryć braków w szybkości i zwrotności, tembardziej, że otoczenie cierpiało na podobne wady. Zdaniem naszem miejsce Kossoka było raczej na środku, lub obok Kisielińskiego, który otrzymałby przynajmniej kilka dobrych piłek, co mogło wystarczyć na zrobienie wyniku.

W polu grano okresami nieźle, jednak pod bramką marnowano najlepsze pozycje, ponieważ w decydującym momencie nikt nie umiał zdobyć się na skierowanie piłki do siatki. Malczyk grał bez zastanowienia, „na dziko”, zupełnie nie strzelał.

Szeliga wałęsał się gdzieś między bramkami, mało rzucając się w oko. Kisieliński próbował parokrotnie uciec, ale Kubera miał go pod opieką, tak że w sumie gra jego podobnie, jak Zembaczyńskiego nie mogła zadowolić.

Legja miała jeden ze swych dobrych dni. Wszystko szło jak na sznurku. Nawet graczy, którzy przez cały sezon zawodzili w niedzielę grali dobrze i produktywnie.

W przeciwieństwie do Cracovii, w drużynie wojskowych poszczególne linje doskonale się zazębiały, pomoc w porę była pod własną bramką i... na czas przychodziła w sukurs napadowi. Współpraca jej z obrońcami – poza kilkoma pierwszemi minutami – układała się bez najmniejszych zgrzytów, a ponieważ napastnicy również pracowali sprawnie i przytomnie, więc też w całości pozostawiła Legja bardzo dobre wrażenie.

Zachowując styl kombinacyjny, ani przez chwilę nie zapomniano o właściwym celu. Teren zdobywano szybko, operując zależnie od potrzeby krótkim passingiem w bok, jak i precyzyjnym przerzutem do przodu. System ten można było stosować dzięki wielkiej ruchliwości zawodników, którzy nietylko walczyli o piłkę, ale pamiętali też o konieczności wybiegania na pozycję. Dzięki tak pojętej współpracy, słabsze punkty – w znikomej zresztą ilości – całkowicie się zacierały.

Niespodziankę sprawił przedewszystkiem napad, który dotychczas chorował na małą produktywność. W niedzielę akcje rozwijały się składnie, co było w znacznej mierze zasługą dobrze dysponowanego Nawrota. odrzucił on w bok balast „sztuczek pokazowych”, szybko i celowo rozdawał piłki, wykorzystując zarówno łączników, jak i skrzydła. Znajdował zresztą u sąsiadów pełne zrozumienie, gdyż zarówno Przezdziecki, jak i Maurer nie wstrzymywali akcyj. Jeśli nawet nie zawsze wszystko szło wedle ich zamysłów, to pracowitością natychmiast naprawiali błędy i aparat dalej funkcjonował bez zacięć. Wypijewski miał, po długim czasie, znów lepszą formę. Dobrze uciekał, ładnie podawał do środka, a co najważniejsze: umiał wyczuć, kiedy czas na strzał. Obydwie jego bramki były efektowne, szczególnie druga miała markę wysokiej klasy. Rajdek słabszy sprawiał jednak agresywnością swą na tyłach Cracovii wiele zamętu.

Pomoc wywiązała się całkowicie ze swoich obowiązków. Trudno zatem kogoś specjalnie wyróżnić. W obronie naturalnie brylował Martyna, mając jednak w Szczotkowskim b. solidnego współpracownika. Keller nie był zbytnio zatrudniany. Piłki chwytał pewnie.

Gra przez cały czas żywa i otwarta. Akcje zmieniały się. Jednak agresywniejszą była Legja, której każde podejście pod bramkę Cracovii stwarzało poważne niebezpieczeństwo. Pierwsza bramka padła już w 8-ej min. po rogu. Wypijewski, dostawszy piłkę, obrócony tyłem do bramki, bez namysłu zawija i pakuje ją do siatki. Kilka dobrych sytuacyj marnuje Cracovia, dzięki zupełnej impotencji strzałowej. W 30-ej min. Nawrot po kombinacji zdobywa drugi punkt.

Po przerwie Cracovia nawet często atakuje jednak bez skutku. Szczęśliwsza jest Legja. Wypijewski ucieka w 25-ej min. i dalekim, ostrym strzałem zmusza Pawłowskiego po raz trzeci do kapitulacji. Tempo opada.

Od 30-ej min. Legja gra w 10-kę spowodu kontuzji Wypijewskiego, który zderzył się z Pawłowskim. Cracovia nie daje jeszcze za wygraną. W 40-ej min. rzut wolny z linji pola karnego zamienia Kossok przemyślnie na pierwszą bramkę. Podnieceni krakowianie atakują dalej i niemal w ostatniej min. zdobywa Szeliga, po dobrej kombinacji, zdecydowanym przebojem drugą bramkę.

Sędziował poprawnie p. Gruszka. Widzów ok. 2.000.
Źródło: Przegląd Sportowy nr 111 (1119) z 14 października 1935 [1]