Cezary Tobollik

Z WikiPasy.pl - Encyklopedia KS Cracovia
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Cezary Tobollik

Informacje ogólne
Imię i nazwisko Cezary Wilhelm Tobollik
Urodzony 22 października 1961, Mielec
Wiek 59 l.
Pozycja napastnik
Wzrost 182 cm
Waga 68 kg
Wychowanek Stal Mielec
Kariera w pierwszej drużynie Cracovii
Sezon Rozgrywki - występy (gole)
1982/83
1983/84
1L - 29 (6), PP - 3 (1)
IT - 2 (2)
1906-1919 oficjalne i towarzyskie, od 1920 tylko oficjalne mecze
Kluby
Lata Klub Występy (gole)
1971-81
1981-82
1982-83
1983-85
1985-86
1986-89
1989-90
1990-91
1992-99
2000
Stal Mielec
Stal Rzeszów
Cracovia
Eintracht Frankfurt
Viktoria Aschaffenburg
RC Lens
Waldhof Mannheim
Kickers Offenbach
Viktoria Aschaffenburg
Viktoria Kahl
liczba występów i goli w ekstraklasie i mistrzostwach kraju

j - jesień, w - wiosna


Cezary Tobollik Piłkarz.

Z zawodu ślusarz. 23 kwietnia 1983 w derbach z Wisłą Kraków zdobył zwycięskiego gola strzałem z rzutu rożnego. Wyczyn ten uwieczniony w wierszu Jerzego Harasymowicza spowodował, że Tobollik stał się legendą Cracovii. W lipcu 1983 po meczu ze Sturmem Graz wybrał wolność i pozostał na Zachodzie, gdzie mieszkał już jego ojciec.

Rozegrał w Cracovii 29 meczów w I lidze (6 goli).

Jerzy Harasymowicz "Rzut rożny"

Jakby z tłumu
z lasu biało-czerwonych chorągwi
wybiegł też biało-czerwony
pasy koszulki mieniły się wzruszeniem
nas kibiców

(Wszyscy biegliśmy z nim )

Wykonał rzut rożny
piłka uderzona przez uskrzydlona stopę
sama dostała skrzydeł
wpadła do bramki
dotknięta tylko przez stojące powietrze

I Wawel stał się większy
i Kopiec usypany przez uniesione z radości ręce kibiców

Z hukiem spadła z nieba "Biała Gwiazda"
nad Norbertankami zgasła

Uczynił to skromny chłopiec
Tobollik Cezary

I teraz na mym imieninowym stole
zakwitły wiersze

Układam z listków dębiny
świecący zielony z wiosny
wieniec sławy

Przez niebo
chorągwie Cracovii
jak dawniej
powiewają święte

Kraków 23 kwietnia 1983 r. Cracovia - Wisła 2:1

Wywiad z Cezarym Tobolik

"Bez paszportu, na czworakach, do wolnego świata" -
Dziennik Polski

Bez paszportu, na czworakach, do wolnego świata

Koledzy z drużyny czuli, co się święci. Pół roku wcześniej do RFN wyjechali przecież rodzice Czarka. On sam siedział w Polsce jak na szpilkach, a jednocześnie rozkochiwał w sobie kibiców "Pasów". Golem strzelonym z rzutu rożnego zapewnił jej zwycięstwo w derbach z Wisłą, mocno przyczynił się do utrzymania zespołu w ekstraklasie. W pierwszym sezonie gry w "Pasach" 21-latek stał się gwiazdą zespołu, zdobył najwięcej bramek.

Puchar Lata spadł mu z nieba. Dwumecz ze Sturmem Graz, z pierwszym spotkaniem w Austrii. 2 lipca 1983 roku, dwadzieścia dni przed zniesieniem stanu wojennego.

- Wygraliśmy 2:0, w ostatnich minutach strzeliłem drugą bramkę. Na mecz przyjechał ojciec, który do moich zamiarów wcale nie był przekonany. Uważał, że w Polsce wiedzie mi się wystarczająco dobrze. Ja nie miałem jednak żadnych wątpliwości, nastawiłem się na to, że czmychnę przy pierwszej okazji - opowiada Cezary Tobollik.

Rano, po śniadaniu, ekipa zbierała się do powrotu. - Podszedłem, pożegnałem się z chłopakami i działaczami. Powiedziałem im, że ze zdrowiem matki nie jest najlepiej, że chcę ją odwiedzić i że za kilka dni wrócę. To nie była prawda, ale musiałem tak to sprzedać, żeby zanadto się nie buntowali. Wiedziałem, że nie wrócę. Zamknięci na bocznicy

Celem był Aschaffenburg, około 40 km od Frankfurtu nad Menem. Tam życie po niemiecku układali sobie rodzice Cezarego Tobollika. Dla niego przeszkodą była granica, którą musiał przekroczyć bez paszportu, bez jakichkolwiek dokumentów.

- Ojciec zadzwonił wcześniej do znajomego trenera, Antoniego Brzeżańczyka, który pracował w austriackich klubach. Mieszkał w Wiedniu, więc wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy tam. Spotkaliśmy się z nim następnego dnia. Brzeżańczyk zaproponował, że załatwi mi przewiezienie autokarem do Niemiec razem z jakąś drużyną hokeja. Tyle że chciał za to dwa tysiące dolarów. A my byliśmy prawie goli - wspomina Tobollik.

Noc w Wiedniu, hotel, jedynka dla dwóch. - Pod recepcją, kiedy ojciec się meldował, przemknąłem na czworakach. Portier mnie zobaczył, ale wpuścił.

Rano - kolejne spotkanie z Brzeżańczykiem i nowa propozycja. - Chciał, żebym in blanco podpisał mu zgłoszenie do klubu. Na coś takiego nie mogłem się zgodzić. Pożegnaliśmy się.

Tobollikowie poszli na dworzec kolejowy, kupili bilety na pociąg do Niemiec. Skacząc między przedziałami, unikając spotkania z konduktorami, Cezary z ojcem tuż za Salzburgiem przekroczyli austriacko-zachodnioniemiecką granicę.

- Wysiedliśmy w takim miejscu, że na peron dotarliśmy dopiero po przejściu przez tunel i torowisko. Zależało mi, żeby od razu zgłosić się na policję. No i policjanci tam stali. Ojciec, który mówił po niemiecku, wytłumaczył im, że uciekłem i że nie mam papierów. Zamknęli nas na bocznicy w drewnianym wagonie. Tam czekaliśmy do rana. Ausweis

W towarzystwie policjanta Helmut i Cezary Tobollikowie wyruszyli pociągiem do Monachium. Po przesiadce do auta szybko dotarli do komisariatu, który miał się okazać ostatnim etapem ucieczki. - Rodzice osiedlili się w Niemczech legalnie, ja dołączałem do nich. Dlatego nie obawiałem się, że będę miał kłopoty, że zostanę odesłany. Przedstawiłem sytuację, ojciec tłumaczył. Po około dwóch godzinach byliśmy wolni. Powiedziano mi jeszcze, że za trzy dni mam się zgłosić w urzędzie ds. uchodźców w Norymberdze - opowiada Cezary. - Kiedy wyszliśmy z komisariatu, odezwał się wielki głód, którego w tych wszystkich emocjach nie czuliśmy. Usiedliśmy w knajpce na polu. Chyba żadne śniadanie nie smakowało mi tak jak tamte jajeczka...

Zanim dojechali do Aschaffenburga, Helmut Tobollik zadzwonił do żony, która od paru dni czekała na wiadomości. Nazajutrz, gdy rodzina była już w komplecie, dostała ataku kamicy żółciowej.

- Mama trafiła do szpitala, i zapomnieliśmy o tej całej Norymberdze. W efekcie do domu przyjechała policja, żeby nam przypomnieć o konieczności meldunku - wspomina Tobollik. - Na drugi dzień pojechaliśmy tam z tatą. W Norymberdze dostałem niemiecki ausweis i powitalne pieniądze, chyba było to sto marek. Gruba ryba na haku

Na grę w piłkę Cezary Tobollik na razie nie miał ochoty. Pierwszy pomysł: miesiąc całkowitego odpoczynku. On, chłopak dobijający się do pierwszej reprezentacji Polski, wyróżniający się gracz ligi, nie uciekał wcale na przygotowany wcześniej grunt, do klubu, który by na niego czekał.

- Ale ile można bezczynnie siedzieć? Ja po paru dniach miałem dosyć - nie ukrywa Tobollik. - Rowerem pojechałem na boisko lokalnej drużyny, akurat trening mieli oldboje. Trochę z nimi pokopałem, zaproponowali mi grę w ich pierwszej drużynie. Nie skorzystałem. Parę dni później ruszyłem do Aschaffenburga, do Viktorii, która wtedy była w trzeciej lidze. Butów nie miałem, na pierwszy trening dali mi "halówki", takie z całkiem gładką podeszwą. Akurat padało, więc czułem się jak na łyżwach. Ale dawałem radę. Kiwałem tych chłopaków, przeskakiwałem nad nimi, strzelałem. Prawie natychmiast chcieli ze mną kontrakt podpisać. Ale ja nie miałem ochoty, wiedziałem, że mogę grać w lepszym zespole.

Swoje usługi Cezary Tobollik zaoferował największym niemieckim klubom: Bayernowi Monachium, Bayerowi Leverkusen, Kaiserslautern, Stuttgartowi. Odpowiedzi przyszły z Bayeru i Stuttgartu - że sezon się już rozpoczął i że piłkarzy teraz nie szukają.

- Jedna z gazet, pisząc o planach Viktorii Aschaffenburg w stosunku do mnie, napisała "Gruba ryba na haku". Dowiedział się o tym Karl-Heinz Klebing, promotor bokserski. Zaoferował pomoc, no i załatwił mi treningi w Eintrachcie Frankfurt.

Pomoc z Bundestagu

Zaczęło się pechowo, w drodze na pierwszy trening Tobollik utknął w korku i się spóźnił. Zamiast z zespołem z Bundesligi, wybiegł na boisko z rezerwami, w których grali amatorzy.

- Na drugi dzień został zorganizowany mecz wewnętrzny, żeby sprawdzić, czy daję sobie radę - pamięta Cezary. - Potem szybko chcieli podpisać ze mną kontrakt. Ale chętny nie byłem. Chciałem, żeby do oficjalnej kwoty dołożyli mi 25-30 tysięcy marek, na czarno. A oni na to, że na czarno nie płacą. Byłem już gotowy szukać czegoś innego, jednak pertraktacje wziął na siebie ten promotor. Pewnie spuścił ze swojej działki, trochę dołożyli działacze Eintrachtu - i tak zostałem we Frankfurcie. 26 listopada 1983 r., w meczu Eintrachtu z VfB Stuttgart, Tobollik zadebiutował w Bundeslidze. Transfer piłkarza-uciekiniera z Cracovii został załatwiony na szczeblu, na którym takich spraw się zwykle nie załatwia.

- Sympatykiem Eintrachtu był polityk FDP Wolfgang Mischnick, i to on pomógł - Tobollik wskazuje w tym momencie jedną z kluczowych postaci ówczesnej sceny politycznej RFN, szefa frakcji FDP w Bundestagu. - Mischnick mówił mi potem, że dużych problemów nie było, załatwił wszystko poprzez bardzo ważnego polskiego polityka. Zaprosił go z rodziną na dwa tygodnie do Hiszpanii, opłacił mu duże zakupy w Niemczech. Dodatkowo polska federacja miała dostać 25 tysięcy marek gotówką i 100 tys. marek w sprzęcie sportowym. Z tego, co wiem, do Cracovii dotarły koszulki Adidasa dla piłkarzy i hokeistów.

Przed zimową przerwą tamtego sezonu zdążył zagrać w trzech meczach. Wiedział, że Eintrachtowi, który wiosną miał się bronić przed spadkiem, jest potrzebny. - Chciałem, żeby działacze dali mi to, na co zgodzili się wcześniej. A mowa była o tym, że jeśli w tych trzech pierwszych meczach wywalczę sobie miejsce w składzie, to będę miał dwa razy wyższy kontrakt. Ale oni nie chcieli dodatkowo płacić.

I tak Tobollikowi... odechciało się grać. - Powiedziałem, że nie wychodzę na boisko. Nie wierzyli, wstawili mnie na siłę do składu w meczach z Borussią Dortmund i Bayerem Uerdingen. Jak zobaczyli, że spaceruję zamiast grać, dali sobie spokój. Netzer zamówił koniak

Va banque zagrał ani nie pierwszy, ani nie ostatni raz. Gdy nieco ponad dwa lata później uchodził już za jednego z lepszych napastników w Niemczech, poleciał do Hamburga, by podpisać kontrakt z mocnym HSV. Warunki umowy Tobollik ustalił wcześniej z Feliksem Magathem - dziś słynnym trenerem, a wtedy kończącym karierę piłkarzem, który od nowego sezonu przejmował obowiązki menedżera w hamburskim klubie.

- To był 1986 rok, Magath był na mistrzostwach świata w Meksyku, gdzie jeszcze grał - dobrze pamięta Tobollik. - Ja dogadałem się z nim dwa miesiące wcześniej i byłem przekonany, że lecę tylko się podpisać. Wziąłem kolegę, niby jako mojego menedżera. Na lotnisku odebrał nas Günter Netzer, którego stanowisko w nowym sezonie miał zająć Magath.

Günter Netzer - czołowy piłkarz RFN lat 60. i 70., mistrz świata z 1974 roku. Obok niego - dr Wolfgang Klein, prezydent HSV, radca prawny. No i Tobollik. Z kolegą.

- Przyszła sekretarka: "Panowie, co pijecie?". Klein zamówił koniaczek, Netzer też. "A pan?" - zwraca się do mnie. "Ja napiję się tego samego, co ci dwaj panowie" - Cezary, szeroko się uśmiechając, odtwarza scenę z prezydenckiego gabinetu. - Netzer, gdy to usłyszał, zrobił wielkie oczy: "Alkohol?!". Ja na to: "Tak, i to niemało". "No to będziemy zjeżdżali w dół z tym kontraktem" - odparł. Zaczęło się gadanie, po 15 minutach uznałem, że na więcej nie mam ochoty. "Panowie, ja tu nie przyleciałem po to, żeby w wami kawkę pić i dyskutować, tylko na papier przełożyć to wszystko, co było ustalone z Magathem". Netzerowi wyraźnie to nie odpowiadało, chciał pokazać, że jeszcze przez te kilkanaście tygodni to on odpowiada za transfery. W końcu stwierdziłem: "Zawieź nas do hotelu i po sprawie. Albo podpisujemy to, co było ustalone, albo wcale". Tobollik piłkarzem HSV nie został. Przygotowaną już koszulkę, którą ktoś wcisnął mu w ręce przy wyjściu z budynku, ze złością odrzucił.

Noc w hotelu była intensywna. - Rano chciałem zapłacić za minibar. Pracownica hotelu powiedziała, że HSV uregulował rachunek. Zjawił się jeszcze dr Klein, pytał, czy przyjmuję ich warunki. Nie zmieniłem zdania. Następnego dnia "Bild Zeitung" napisał: "Wiemy, dlaczego Tobollik nie podpisał z HSV. Problemy z alkoholem!". Tak hamburscy działacze, wykorzystując zaprzyjaźnionych dziennikarzy, tłumaczyli kibicom, dlaczego nie będę u nich grał. Wkurzyłem się. Stwierdziłem, że jak mam zmienić klub, to na zagraniczny. Za drogi dla Juventusu

Na początku 1984 roku, jeszcze w Eintrachcie, bez grania wytrzymał trochę ponad miesiąc.

- Mnie już nosiło, a Eintracht wciąż był w kanale, w strefie spadkowej, więc działaczom tym bardziej zależało, żebym wrócił na boisko. Jakoś dogadaliśmy się. Za minutę gry miałem dostawać 10 marek, grając cały mecz, mogłem zarobić 900. Do tego bonusy za bramki. Zgodziłem się.

9 marca 1984 roku Tobollik strzelił pierwszego gola w Bundeslidze - w meczu z Werderem w Bremie. Eintracht z polskim uciekinierem w składzie wygramolił się z dołka (w ostatniej kolejce Cezary strzelił dwie bramki ekipie Kaiserslautern), a po wygranych barażach z MSV Duisburg utrzymał się w Bundeslidze.

- Na bankiecie po ostatnim meczu działacze Eintrachtu przyszli do mnie z propozycją przedłużenia kontraktu na zasadach, o których rozmawialiśmy kilka miesięcy wcześniej. Ja im na to: "Panowie, teraz to kosztuje już nie dwa razy, ale cztery razy więcej". Na to nie chcieli się zgodzić.

Stanęło na tym, że Tobollik jedynie wypełni we Frankfurcie dwuletnią umowę. W drugim sezonie (1984/85) strzelił 9 goli w Bundeslidze, zajął 3. miejsce w rankingu piłkarzy obcokrajowców magazynu "Kicker".

- Pojawiło się wiele propozycji. Eintracht zaczął jednak żądać za mnie ogromnych pieniędzy. Rok przed końcem kontraktu kosztowałem 700 tysięcy marek, a pół roku później już dwa i pół miliona!

W tamtym czasie Tobollikiem interesował się podobno nawet najlepszy klub w Europie. - Chciał mnie kupić Juventus. I na początek wypożyczyć do innego zespołu. Ale Eintracht na siłę mnie zatrzymywał, zaporową ceną blokował transfer. Z niemieckimi klubami, o czym dowiedziałem się później, sprawa wyglądała jeszcze inaczej. Prezesi mieli niepisane porozumienie, że najlepszych piłkarzy sobie nie podkupują - twierdzi Cezary.

Viktoria Aschaffenburg zapłaciła za Tobollika 800 tys. marek - Eintracht musiał obniżyć cenę, bo piłkarz odchodził do niższej ligi. Polak ostemplował 18 golami drugą Bundesligę, dobrze zarabiał. - Przetrzymałem, bo tak to trzeba nazwać. Poziom rozgrywek był fatalny - wspomina tamten rok. Sygnał od Kasperczaka

Później było to spotkanie przy koniaku w Hamburgu, a po kilku tygodniach wyjazd z RFN. Zawodnikiem francuskiego RC Lens Cezary Tobollik został dzięki dwóm byłym piłkarzom reprezentacji Kazimierza Górskiego. - Sygnał dostałem od Henryka Kasperczaka, którego mój ojciec wiele lat wcześniej trenował w Mielcu. Wtedy Kasperczak był trenerem Saint-Etienne. Grając w Eintrachcie, pojechałem tam nawet na kilka dni, żeby się rozejrzeć, ale do drugiej ligi nie chciałem iść. Z kolei, kiedy szukałem klubu, Saint-Etienne już nie było zainteresowane, bo w tamtych czasach mogło grać w drużynie tylko dwóch zagranicznych zawodników, a tam było ich chyba nawet więcej. Jednak Kasperczak przesłał moją kasetę Joachimowi Marxowi, no i tą drogą doszło do moich rozmów z Lens.

Tobollik został tam na trzy lata. Grał dużo, strzelił w lidze francuskiej kilkanaście goli. Bardzo dobrze zarabiał. A kiedy kontrakt się skończył, wcale nie miał ochoty zarabiać mniej.

- Po powrocie do Niemiec żądałem większych pieniędzy, niż zarabiali reprezentanci kraju. Pół miliona marek netto albo i więcej - nie ukrywa. - Miałem propozycję z Werderu Brema, który był w tamtych czasach mistrzem, miałem z Borussii Dortmund. Ale nie chcieli płacić, a ja nie zamierzałem odpuszczać.

No i zrobił sobie przerwę. Piłkarz, którym wcześniej interesowały się m.in. Paris Saint Germain, Bordeaux czy Bayern, mając 28 lat, wybrał odpoczynek i zabawę. Dziękuję, Bilardo...

Coś już jednak w futbolu znaczył.

W sierpniu 1989 roku ZSRR z wielką pompą fetował 60. urodziny Lwa Jaszyna. Na cześć znakomitego niegdyś bramkarza zorganizowano w Moskwie dwa mecze reprezentacji Związku Radzieckiego z drużyną gwiazd światowej piłki. W jednym spotkaniu wystąpili weterani, w drugim czynni piłkarze. Tak, tak, w ekipie prowadzonej przez słynnego argentyńskiego trenera Carlosa Bilardo zagrał także były piłkarz Cracovii...

- Byli tam Beckenbauer, Rummenigge, Panenka. No i Polacy: Tomaszewski, Lubański. Któryś z nich, jak mnie zobaczył, spytał: "Co ty tu robisz?". Ja na to: "Że ja tu jestem, to normalne. Lepiej powiedzcie, co wy tu robicie?" - śmieje się Tobollik. - Ale sił do gry to nie miałem wcale. Jakoś dograłem do końca pierwszej połowy. Dziękowałem Bilardo, że zmienił mnie w przerwie meczu. W szkółce Eintrachtu

Ostatni dobry kontrakt Cezary Tobollik podpisał w Kickers Offenbach. Polak miał być motorem napędowym drużyny, która spadła z 2. Bundesligi. Przyszedł, gdy sezon już trwał. I nie był w stanie wyzwolić z siebie motywacji do gry, do treningów.

- W poprzednich klubach byłem ulubieńcem kibiców, wiodącym zawodnikiem. W Offenbachu to już nie było to. Zresztą jak tam przychodziłem, a ściągał mnie na siłę sponsor, którego znałem, mówiłem mu: "Horst, tu każdy junior jest lepiej wytrenowany ode mnie". Pierwsze 5-6 meczów na świeżości jeszcze jakoś grałem, ale później wpadłem w taką dziurę, że nie byłem w stanie dwóch metrów przebiec. Trener miał przeze mnie problemy, w końcu sam mu zaproponowałem, żeby posadził mnie na ławkę.

Parę lat pograł jeszcze w Viktorii Aschaffenburg, potem w Viktorii Kahl. Karierę zakończył w 2000 roku. Przy futbolu pozostał. Tobollik trenuje dzieci w szkółce należącej do Eintrachtu Frankfurt, ponadto z nadania Niemieckiego Związku Piłkarskiego (DFB) zajmuje się szlifowaniem młodych talentów z regionu. - W szkółce jestem od dziesięciu lat. Prowadzi ją Charly Koerbel, rekordzista pod względem występów w Bundeslidze, który rozegrał w niej 602 mecze - wyjaśnia Polak. Wizyta po 17 latach

W maju Cezary Tobollik, dziś pięćdziesięciolatek, odwiedził Polskę. Z żoną, Niemką polskiego pochodzenia - Kariną oraz dwoma synami, 25-letnim Dorianem i rok młodszym Aaronem. Najmłodsza w rodzinie 19-letnia Vivian została w Niemczech.

- Siedemnaście lat minęło od czasu, kiedy byłem tu poprzednio. Rodzinę mam w Bytomiu, teraz syn kuzyna się żenił, więc przyjechaliśmy. Chciałem odwiedzić swoje stare miejsca, pokazać je żonie i synom.

Po wizycie na Śląsku Tobollikowie zakotwiczyli na kilka dni w Krakowie, u przyjaciela Czarka.

- Miasto wygląda czyściej, widać, że wiele budynków zostało odnowionych. Kraków zrobił się bardziej rozległy, powstało wiele nowych osiedli - opowiada. - Z kolei w polskich górach, w Zakopanem, byłem poprzedni raz jeszcze ze Stalą Mielec na przygotowaniach zimowych. Teraz trzeba było się trochę odprężyć, popatrzeć na Tatry. Większe wrażenie zrobiła jednak na mnie Kalwaria Zebrzydowska. Wychowany zostałem przecież w wierze katolickiej.

Tobollik wpadł też do Mielca, miasta, w którym się urodził i spędził prawie 20 lat życia.

- W pierwszej drużynie Stali debiutowałem jako 17-latek, w meczu przeciwko Górnikowi Zabrze. Grałem po lewej stronie ataku. Po prawej był Lato, na środku Szarmach - wspomina. - Byłem zajechany, kiedy trener zmieniał mnie 20 minut przed końcem. Kiedy schodziłem z boiska, kibice zaczęli gwizdać. Byłem trochę zdziwiony, bo nie zagrałem beznadziejnie. Dopiero jak dochodziłem do linii, dostałem oklaski. Bo ludzie gwizdali dlatego, że to ja schodzę. Potem prasa pisała, że tak marnuje się talenty - gdy trener nie ma odwagi zdjąć z boiska reprezentanta - śmieje się Cezary.

Natychmiast dodaje: - Nigdy nie zastanawiałem się, kto był najlepszym piłkarzem wśród tych, z którymi grałem. Sam byłem dobry. Ale moja kariera pewnie by się tak nie rozwinęła, gdybym w młodych latach nie trenował z czołowymi polskimi zawodnikami.

TOMASZ BOCHENEK

Legendarny gol padł... przypadkowo

Cezary Tobollik urodził się 22 października 1961 roku jako syn piłkarza. Helmut Tobollik był napastnikiem Stali Mielec, jej filarem; kilka miesięcy przed narodzinami Czarka wpisał się do kronik klubu jako strzelec pierwszej bramki dla Stali w ekstraklasie.

Tobollik junior w mieleckim zespole zdążył zaliczyć w ekstraklasie 9 występów, po czym - mając niespełna 20 lat - przeniósł się do Stali Rzeszów, na sezon 1981/82.

Do Cracovii trafił latem 1982 roku, grał w niej przez rok. Wystąpił w tym czasie w 29 spotkaniach ekstraklasy, strzelił sześć goli: Widzewowi (w tamtym sezonie 1982/83 łodzianie doszli do półfinału Pucharu Mistrzów), ŁKS-owi, Śląskowi (dwa), Pogoni oraz Wiśle. Legendarna stała się bramka derbowa, zdobyta na stadionie przy ul. Kałuży 23 kwietnia 1983 roku. Tobollik skierował piłkę do siatki bezpośrednio z rzutu rożnego, zapewniając Cracovii zwycięstwo 2:1. Poeta Jerzy Harasymowicz, wielki kibic "Pasów", uwiecznił tamto wydarzenie w wierszu "Rzut rożny".
- Szczerze mówiąc, to miało być ostre dośrodkowanie - uśmiecha się po 29 latach Cezary Tobollik. - Nie planowałem, żeby uderzać bezpośrednio z rzutu rożnego. Kopnąłem piłkę, któryś z chłopaków od nas do niej podskoczył, bramkarza Wisły to zmyliło. Miałem dużo szczęścia, że padł gol.

Po ucieczce z Polski Tobollik zaliczył dwa, a w zasadzie półtora sezonu w Bundeslidze, w 42 meczach Eintrachtu Frankfurt zdobył 12 goli. W Viktorii Aschaffenburg, w 2. Bundeslidze, w 37 występach strzelił 18 bramek. Po przenosinach do RC Lens w ciągu trzech sezonów (1986/87 - 1988/89) zagrał w 90 meczach francuskiej ekstraklasy, na listę strzelców wpisał się 13 razy. Później grał jeszcze w Kickers Offenbach oraz Viktorii Aschaffenburg i Viktorii Kahl.

Cezary Tobollik osiadł w Mainflingen, niespełna 4-tysięcznej miejscowości niedaleko Frankfurtu nad Menem. Tam mieszka z rodziną do dziś.

(BOCH) USKRZYDLONA STOPA

Jerzy Harasymowicz

"Rzut rożny"

Jakby z tłumu

z lasu biało-czerwonych chorągwi

wybiegł też biało-czerwony

pasy koszulki mieniły się wzruszeniem

nas kibiców

(Wszyscy biegliśmy z nim )

Wykonał rzut rożny

piłka uderzona przez uskrzydloną stopę

sama dostała skrzydeł

wpadła do bramki

dotknięta tylko przez stojące powietrze

I Wawel stał się większy

i Kopiec usypany przez uniesione z radości ręce kibiców

Z hukiem spadła z nieba "Biała Gwiazda"

nad Norbertankami zgasła

Uczynił to skromny chłopiec

Tobollik Cezary

I teraz na mym imieninowym stole

zakwitły wiersze

Układam z listków dębiny

świecący zielony z wiosny

wieniec sławy

Przez niebo

chorągwie Cracovii

jak dawniej

powiewają święte

Kraków, 23 kwietnia 1983 r.
Tomasz Bochenek
Źródło: Dziennik Polski 16 lipca 2012 [1]



Zobacz też