Zbigniew Hnatio

Z WikiPasy.pl - Encyklopedia KS Cracovia
Skocz do: nawigacja, szukaj
Zbigniew Hnatio

Prześlij zdjęcie

Informacje ogólne
Imię i nazwisko Zbigniew Tadeusz Hnatio (do 1971 Stachel)
Urodzony 18 marca 1953, Kraków, Polska
Wiek 65 l.
Pozycja pomocnik
Wzrost 169 cm
Waga 72 kg
Wychowanek Wisła Kraków
Kariera w pierwszej drużynie Cracovii
Sezon Rozgrywki - występy (gole)
1983/84
1984/85
1L - 26 (0), PP - 1 (0)
2L - 11 (1), PP - 2 (0)
1906-1919 oficjalne i towarzyskie, od 1920 tylko oficjalne mecze
Kluby
Lata Klub Występy (gole)
1964-1971
1972-1974
1975-1983
1983-1986

1986-1987
od 1989 (?)
Wisła Kraków
Stal Stalowa Wola
Stal Mielec
Cracovia

Góral Żywiec
Polonia Hamilton
2 (0)


1L - 26 (0)
2L - 11 (1)
liczba występów i goli w ekstraklasie i mistrzostwach kraju
Reprezentacja narodowa
1976 Polska 1 (0)

j - jesień, w - wiosna


Prasa

Tadeusz Gordon o Z. Hnatio

nieznana gazeta

Marzenie Zbigniewa Hnatii
Grać jak Netzer!

Od najmłodszych lat życia było to jego największą pasją. Już jako kilkuletni brzdąc uwijał się po różnych placach i placykach krakowskiej dzielnicy Rakowice, uganiając niemal od rana do nocy za piłką. W ulicznych czy podwórkowych drużynach piłkarskich był z reguły najmłodszy i najniższy, a mimo to zazwyczaj zwracał na siebie uwagę przygodnych widzów. Cechował go bowiem wrodzony spryt i tzw. smykałka piłkarska. Pierwszy dostrzegł talent w małym chłopcu jego własny ojciec, ówczesny działacz Wisły. Zaprowadził syna do klubu i zapisał do zespołu trampkarzy. Zbyszek miał wtedy zaledwie 7 lat...

Pod opieką fachowych trenerów robił szybkie postępy i wkrótce już wybijał się w gronie rówieśników. Szybko też awansował do drużyny juniorów. Tutaj zwrócił na niego uwagę pracujący wówczas w Wiśle węgierski trener Teleky. Mając 16 lat ZBIGNIEW HNATIO, podobnie jak Włodzimierz Lubański, zadebiutował w I-ligowym zespole.
- Był to wyjazdowy mecz Wisły z Zagłębiem Wałbrzych - wspomina teraz w rozmowie z dziennikarzem - Pamiętam dokładnie ten pojedynek sprzed 5 lat. Wszedłem na boisko po przerwie za Krawczyka. Grałem wtedy na prawym skrzydle. Widocznie nieźle wypadał mój debiut ligowy, skoro trener wystawił mnie do gry również w następnym meczu mistrzowskim w Sosnowcu. Przegraliśmy wówczas 0:3 (na tym występie zakonczyła się... moja kariera w klubie krakowskim. W Wiśle nie działo się wtedy najlepiej. Atmosferę w drużynie miał poprawić trener Kurdziel, poprzedni mój opiekun w juniorach, znany z bardzo twardej ręki. To prawda, że nie wszyscy zawodnicy prowadzili prawdziwie sportowy tryb życia. Podejrzenia padły również i na mnie. Owszem, nie powiem, żebym stronił od zabawy. W naszej dzielnicy była taka "buda", jak ją nazywaliśmy. Chodziliśmy tam potańczyć, gdy był czas, bardzo bowiem lubię muzykę. Doszło to do trenera z dodatkiem jeszcze że.. przy okazji popijamy tam także coś mocniejszego. Było to wyssane z palca, ale wystarczyło, żebym został przekreślony jako zawodnik. Trener Kurdziel zrezygnował ze mnie, czułem się w klubie niepotrzebny. Przestałem przychodzić na treningi i przez pół roku nie grałem w ogóle w piłkę. Nie myślałem też, że kiedyś wystąpię jeszcze na murawie stadionu. Jak dzisiaj o tym sobie przypomnę...
O moim powrocie na boisko zadecydował przypadek. Trener Jerzy Kopa, który znał mnie jeszcze z turniejów juniorów, gdy prowadził drużynę Arkonii Szczecin, przeniósł się do Stalowej Woli. Zamierzał zbudować tam silny zespół. Przyjechał do Krakowa i namawiał mnie do gry w Stali. Początkowo nie bardzo się kwapiłem, zawsze to inne miasto, inne środowisko - "Zbyszek, spróbuj jeszcze raz" - przekonywał trener Kopa - Drużyna jest w czołówce III ligi, może awansuje wyżej..." pojechałem. Dziś wiem, że zrobiłem słusznie, ale wtedy któż mógł przypuszczać.
W Stalowej Woli przestawiłem się na grę na innej pozycji. W Wiśle byłem skrzydłowym, ale trener Kopa dojrzał u mnie predyspozycje do gry w drugiej linii. Od razu mi się to spodobało. Taka gra sprawiała mi więcej satysfakcji, miałem więcej przestrzeni i okazji do kontaktu z piłką. Pierwsze próby okazały się pomyślne i zostałem rozgrywającym. Stal w następnym roku awansowała do II ligi, a ja po pierwszym sezonie występów w tej klasie rozgrywkowej zostałem powołany do reprezentacji młodzieżowej kraju na 2 mecze do Finlandii. Pierwsze spotkanie przegraliśmy 1:3, ale za to w moim debiucie reprezentacyjnym udało mi się strzelić bramkę. Byłem bardzo szczęśliwy...
Potem trener Strejlau coraz częściej powoływał mnie do "młodzieżówki". Wszedłem - jak to się mówi - w orbitę zainteresowań selekcjonerów kadry. Nie chciałem zmarnować swej szansy, a było to tylko możliwe po przejściu do silniejszego klubu. Miałem kilka propozycji, wybrałem Stal Mielec i jestem bardzo zadowolony. Zresztą gdybym został w Stalowej Woli nie byłbym z pewnością powołany do kadry olimpijskiej. Grając przy boku takich zawodników jak Kasperczak czy Lato, można się wiele nauczyć. Zawsze któryś coś podpowie, pomoże, co w czasie gry jest bardzo ważne, zwłaszcza dla takiego młodego piłkarza, jak ja. Bo wbrew pozorom przyznać muszę, że dopiero uczę się grać w piłkę, tę wielkiego formatu.
- Czy wzorujesz się na kimś? Masz swój ideał?
- Z polskich piłkarzy najbardziej cenię Lubańskiego, ale chciałbym grać tak, jak kiedyś Netzer w swojej najlepszej formie. Jego gra sprzed 2 lat była chyba bliska ideału.
- Zarzucają ci, że nie strzelasz bramek. Dlaczego?
- Wynika to po prostu z tego, że nie ma takich okazji. W jesieni miałem tylko jedną z Lechem i strzeliłem w słupek. Za mało przebywałem pod bramką , w rejonach pola karnego, operuję przecież w środku boiska, a z piłek tzw. nieprzygotowanych nie będę strzelał. Może w tym roku się odmieni?
- W jakiej grze lepiej się czujesz, ofensywnej czy defensywnej?
- W ofensywnej choć i w obronie też jakoś sobie daję radę.
- Co sprawia Ci najwięcej satysfakcji na boisku?
- Dobra gra...
- Co uważasz za swój największy dotychczasowy sukces?
- Awans do kadry olimpijskiej. Moim marzeniem jest wyjechać na Olimpiadę do Montrealu, a potem na MŚ do Argentyny czyli wywalczyć stałe miejsce w reprezentacyjnym zespole.


31-letni piłkarz mieleckiej Stali, ZBIGNIEW HNATIO, poczynił zwłaszcza ostatnio duże postępy. W krótkim okresie awansował też do grona najlepszych w kraju zawodników. Jako odkrycie sezonu 1975 otrzymał nagrodę redakcji "Piłki Nożnej", plasował się wysoko w rozmaitych rankingach na pozycji rozgrywającego, wreszcie trener Górski powołał go do kadry.

Jak na jeden rok sukcesów i wyróżnień zebrało się dość sporo. Jest to chyba zasłużona nagroda za wytrwałość, bo jakże niewiele brakowało, by piłkarz ten podzielił los innych zmarnowanych talentów. Dziś kariera stoi przed nim otworem. Czy wykorzysta tę szansę? Znając skromność i pracowitość płowowłosego zawodnika Stali, wierzymy, że nie zmarnje tej okazji.

Tadeusz Gordon
Źródło: