Ludwik Gintel

Z WikiPasy.pl - Encyklopedia KS Cracovia
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ludwik Gintel

Ludwik Gintel I.jpg

Informacje ogólne
Imię i nazwisko Ludwik Gintel
Urodzony 26 września 1899, Kraków, Polska
Zmarły 11 lipca 1973, Tel Awiw
Pozycja prawy obrońca, napastnik
Wzrost 178 cm
Waga 76 kg
Wychowanek Jutrzenka Kraków
Kariera w pierwszej drużynie Cracovii
Sezon Rozgrywki - występy (gole)
1916
1917
1918
1919
1920
1921
1922
1923
1924
1925
1926
1927
1928
1929
1930
tow - 1 (0)
tow - 11 (0)
tow - 7 (0)
b.d.
KA - 5 (0)
MP - 8 (4), KA - 6 (0)
MP - 5 (3), KA - 10 (0)
KA - 10 (11)
KA - 6 (5)
-
MP - 2 (0), KA - b.d.
KA - b.d.
1L - 22 (28)
-
1L - 8 (2)
1906-1919 oficjalne i towarzyskie, od 1920 tylko oficjalne mecze
Debiut 1916-10-01 Pogoń "Cywilna" Lwów - Cracovia 0:2
Ostatni mecz 1930-10-11 Makkabi Kraków - Cracovia 3:5
Kluby
Lata Klub Występy (gole)
1911-1916
1916-1930
Jutrzenka Kraków
Cracovia

45 (37)
liczba występów i goli w ekstraklasie i mistrzostwach kraju
Reprezentacja narodowa
1921-1925 Polska 12 (-1 s)

j - jesień, w - wiosna


Gintel, Popiel, Fryc w reprezentacji , 1923 r.
Gintel, karykatura, 1924
Gintel, Kałuża karykatura, 1928
Budapeszt, przed meczem z Węgrami, maj 1926 r., na zdjęciu piłkarze Cracovii: Chruściński, Zastawniak Kubińki Kałuża Gintel Sperling
Gintel, 1926
Gintel, 1926
Narada po spadku Cracovii z Ligii w 1935 r., od lewej: Synowiec, Cikowski, Gintel, Lustgarten

Ludwik Gintel urodził się 26 września 1899 w Krakowie, zmarł 11 lipca 1973 w Tel Awiwe. Piłkarz, początkowo obrońca, później napastnik.

Doskonale wyszkolony technicznie, myślący na boisku - był zaporą nie do przejścia. Zadebiutował w Cracovii w wieku zaledwie 17 lat, kiedy niespodziewanie rozchorował się Kałuża, a Wójcik był kontuzjowany. Gintel zaproponował, że zagra w ich miejsce, w drużynie przyjęto to początkowo jako jeden z jego licznych żartów. Po meczu w którym zdobył pięć bramek (wszystkie z akcji, po pięknych sztuczkach technicznych) nikt już nie wyobrażał sobie drużyny bez niego. Zadomowił się tak mocno w drużynie, że został nawet królem strzelców ekstraklasy. Cracovii pozostał wierny przez całą swoją karierę, czyli do roku 1931 - rozegrał w niej 328[1] spotkań.

W samej ekstraklasie grał 30-krotnie i zdobył w niej dokładnie tyle samo bo 30 bramek.

Był niezwykle lubiany przez kolegów, szalenie dowcipny i pogodny. Był zawodnikiem, którego forma nigdy nie ulegała większym wahaniom, tak więc za jego czasów Cracovia nigdy nie poniosła klęski w wyższym stosunku bramek. Był to jeden z najlepszych, jak nie najlepszy obrońca w historii Pasów. Pod koniec kariery został napastnikiem. W 1928 z 28 zdobytymi bramkami został królem strzelców ekstraklasy.

Dwunastokrotnie (w tym 4 razy w czasie spotkań nieoficjalnych) grał w reprezentacji Polski, w której zadebiutował 18 grudnia 1921 w Budapeszcie, w meczu przegranym z Węgrami 1:0 (historycznym pierwszym pojedynku międzypaństwowym polskiej reprezentacji). W 1924 uczestniczył w Paryskich Igrzyskach Olimpijskich. Ostatni raz w reprezentacji wystąpił 1 listopada 1925 w Krakowie w meczu Polska - Szwecja 2:6.

Po zakończeniu kariery był głównie działaczem. Po zakończonej karierze przebywał w Tarnowie, gdzie w 1927 r. ŻTGS Samson powierzył mu treningi drużyny piłkarskiej.[2]

Jak głosi legenda on pierwszy powiedział o krakowskich derbach "Święta Wojna". Z zawodu architekt.

Po wybuchu wojny przez Rumunię trafił do Palestyny. Popełnił samobójstwo w 1973 r. z balkonu swojej siostry z powodu śmiertlelnej choroby.


Ludwik Gintel w karykaturze z 1921 roku.

Przypisy

  1. Wg J.Kukulskiego "Pierwsze mecze pierwsze bramki..." Gintel rozegrał 328 spotkań, wg innych wersji 325.
  2. Dziennik Żydowski z dn. 31 maja 1927 r.
  3. 200. wg ówczesnych obliczeń

Stanisław Mielech tak wspomina Ludwika:

Ludwik był najbardziej lubianym zawodnikiem z drużyny dla swojego humoru, który nie opuszczał go nawet w najcięższych momentach na boisku. Był ulubieńcem trenera Pozsony'ego, którego umiał świetnie naśladować. W Cracovii istniał taki dobry zwyczaj, iż w czasie przerwy na zawodach Pozsonyi wypraszał z szatni wszystkich przygodnych gości i następnie z zawodnikami omawiał przebieg gry, dając im wskazówki jak ją mają dalej prowadzić, aby uniknąć zauważonych przez niego błędów. Gdy trener wyszedł już z szatni, Ludwik w tym samym tonie i tym samym naśladowanym co do złudzenia głosem dawał nam swoje wskazówki:
"- Herr Popiel, ich bitte Sie um Alles. Alle Balle unbedingt fangen !!"
"- Panie Kotapka, na miłość boską, nie chodź pan ciałem na przecownika!!"
"- Panie Kogut, pan dzisiaj ma pecha, bo pan się nic nie rusza. Próbuj pan go przełamać!"
"- Panie Sperling, za dużo pan dzisiaj odbija piłek głową, szkoda pańskiej cennej głowy!"
Dodać należy, że komizm jego przemówień leżał i w tym, że Kotapka ważył niewiele więcej nad 50 i nie mógł nawet marzyć o grze na siłę, a Sperling nigdy nie splamił się odbiciem piłki głową. Kto grał w piłkę nożną i przeżywał momenty zdenerwowania na ważnych zawodach, ten potrafi ocenić, jakim odprężeniem nerwowym były błazeństwa Ludwika i jak dobrze na nas działały.

Na wyjazdach Ludwik błaznował bez przerwy. Przychodził na przykład do znanego z roztargnienia Tadzia Synowca, gdy ten był zatopiony w rozmowie i mówił poważnym tonem: - Tadziu, przepraszam cię, źle włożyłeś kapelusz. Tyłem do przodu. - Dziękuję ci - mówił mu Synowiec i nie sprawdzając odwracał dobrze nałożony kapelusz. Po jakimś czasie Gintel przychodził do niego z tą samą uwagą i Tadzio znów odwracał kapelusz.

Kawały Ludwika nigdy nie były przykre. Jeśli jednak ktoś na to zasłużył, potrafił przygadać bardzo ostro. Byłem raz świadkiem takiej historii.

W lecie 1919 roku przyjechał do Krakowa Wiener Sport-Club, drużyna należąca do pierwszej klasy austriackiej. Czasy powojenne, dla Austrii chude, więc wiedeńczycy po pierwszym meczu, który przegrali 0:3, chętnie zgodzili się na pozostanie w Krakowie przez tydzień i rozegranie jeszcze dwóch spotkań. Chętnie, bo w Polsce wówczas żywności nie brakło, więc w restauracji Pollera mogli najeść się do syta.

Na wspólnym komersie po jednym z meczów któryś z wiedeńczyków usiadł między mną i Ludwikiem. Kelner podał nam barszcz w filiżankach.

- Was ist das? - zapytał Ludwika nasz sąsiad, nawiasem mówiąc nie wyglądający na gentlemana. - Barszczyk - objaśnił go Gintel uprzejmie - barszczyk z buraczków. - Was? Die Ruben. In Wien die Ruben essen nur die Kuhe. - So? - zdziwił się Ludwik i słodkim głosem dorzucił uwagę - also im Wien die Kuhe wissen besser, was gut ist.

Jak każdy z drużyny, ja też miałem z Ludwikiem przeprawę. 1 października 1916 roku Gintel debiutował w pierwszej drużynie Cracovii na meczu z Pogonią Lwów (2:0 dla Cracovii) na pozycji obrońcy. Ja grałem wówczas w pomocy. Ludwik, który nie miał jeszcze rutyny, przetrzymywał piłkę i zaplątywał się w jakieś wózki, które mogły się źle skończyć. Powiedziałem mu wtedy: "- Co ty wyrabiasz? Ja się ciebie boję bardziej niż przeciwników."

Aby mnie udobruchać Ludwik poczęstował mnie potem kawałkiem kury, którą mu matka dała na drogę. Zjadłem, bo czego bym wówczas dla kolegi nie zrobił, ale Ludwik później odgrywał się na mnie za ten kawałek kury aż do końca mojej kariery w Cracovii. Z kawałka - zrobił całą kurę, a że był papla powiedział o tym dziennikarzom. Kura dostała się na łamy prasy sportowej. Jeszcze po drugiej wojnie światowej redaktor Hig przypomniał ją w Warszawie w felietonie o dawnych zawodnikach. Sądzę, że jedynie o kurze Henryka IV, króla Francji, pisano więcej niż o tamtej.

Gintel należał do najciekawszych postaci w naszym piłkarstwie. Przez wiele lat był filarem Cracovii i reprezentacji Polski na stanowisku obrońcy; w ostatnim roku swojej kariery 1928 – przeszedł na stanowisko lewego łącznika i został… „wicekrólem strzelców” ligowych. Gintel w przeciwieństwie do Steuermana, nie strzelał swoich karnych rzutów na siłę, lecz plasował je po rogach bramki uderzając piłkę wewnętrzną stroną stopy. Ten sposób egzekwowania rzutów karnych wprowadził w Polsce trener F. Kożeluch.

Źródło: Stanisław Mielech "Gole, Faule i Ofsaidy"

O Gintlu w terazpasy.pl

"#PierwszyMistrzPolski: Ludwik Gintel - Lolou w Paryżu i jego święta wojna" -
terazpasy.pl

#PierwszyMistrzPolski: Ludwik Gintel - Lolou w Paryżu i jego święta wojna

W cyklu przedstawiającym piłkarzy, którzy zdobyli dla Pasów pierwsze, historyczne Mistrzostwo Polski z roku 1921 w odcinku drugim przedstawiamy Ludwika Gintela. W zasadzie piłkarz ten powinien być stawiany w tym samym szeregu co Józef Kałuża, czy Józef Lustgarten. Rzadko, zdecydowanie zbyt rzadko zdajemy sobie sprawę ile Gintel wniósł do Cracovii "od siebie".

Ludwik Gintel był wychowankiem krakowskiej Jutrzenki – żydowskiego klubu, zrzeszającego asymilujących się Żydów. Do Cracovii zawodnik ten trafił jednak bardzo szybko, bo debiutował w barwach Pasów już jako siedemnastolatek w wyjazdowym meczu towarzyskim rozegranym w samym środku I Wojny Światowej, 1 października 1916 roku, we Lwowie. Biało-Czerwoni wygrali wówczas 2:0, lecz z uwagi na wojenne warunki skład zespołu był dość osobliwy: jako gracz ofensywny zagrał na przykład Józef Lustgarten (grywał tak w czasie wojny nie raz i nie dwa), który zapisał zresztą tego dnia na swoim koncie gola. Gintel mógł także wystąpić między innymi z legendarnym Stanisławem Szeligowskim – bożyszczem krakowskiej młodzieży uganiającej się za piłką w pierwszych latach piłkarstwa, ówczesnym "królem wózkowania".

Od samego początku "Lolou" grał na obronie, jednak co podkreślano wielokrotnie w relacjach prasowych oraz w opiniach kolegów z drużyny, wyróżniał się nienaganną techniką, świetną grą głową jak również tym, że praktycznie nie zdarzały mu się większe wahania formy, czy poważniejsze kontuzje. Z uwagi na te wszystkie zalety przez cały okres lat dwudziestych nie wyobrażano sobie wręcz zestawienia defensywy bez tego gracza – był prawdziwą ostoją swojego zespołu.

Dodatkowym atrybutem Gintela było także i poczucie humoru, dzięki któremu potrafił rozładować napięcie w trudnej sytuacji, pomagając w utrzymaniu dobrej atmosfery. Wszystkie w zasadzie relacje kolegów z boiska potwierdzają, że był on nie lada żartownisiem. Kawały Ludwika nigdy nie były przykre. Jeśli jednak ktoś na to zasłużył, potrafił przygadać bardzo ostro – twierdził Mielech.

Gdy na początku sezonu 1928 roku w obliczu niedyspozycji Józefa Kałuży nie było pomysłu na zagospodarowanie wolnego miejsca w ataku Cracovii chęć wypełnienia powstałej luki wyraził Ludwik Gintel. W pierwszej chwili wszyscy koledzy uznali to właśnie za kolejny żart, jednak ostatecznie stanęło na tym, że Gintel faktycznie powędrował do ataku – niewątpliwie musiał się na to zgodzić sam pełniący obowiązki trenera Kałuża.

O tym, że była to decyzja więcej niż trafna przekonać się można było już w pierwszym meczu, gdzie Gintel sprawował owe "zastępstwo za Kałużę": dotychczasowy obrońca w spotkaniu z zespołem Czarnych Lwów zdobył 5 goli (notując przy tym jeszcze w pierwszej połowie klasycznego hat-tricka), co do tej pory pozostaje niepobitym rekordem jeśli chodzi o dorobek indywidualnych trafień jednego piłkarza Pasów w pojedynczym meczu Ekstraklasy.

Aż do końca sezonu Gintel nie ruszył się już z pozycji lewego łącznika, co pozwoliło mu uzyskać wynik absolutnie kapitalny i powalczyć o koronę króla strzelców. Z jakim skutkiem – o tym jeszcze wspomnimy później.

Co jednak może dziwić w kolejnych rozgrywkach Gintel jak gdyby nigdy nic powrócił na dawne miejsce, w sezonie mistrzowskim 1930 roku występując ponownie jako defensor. Ponoć lepsze jest wrogiem dobrego – co jednak, gdy ciężko ocenić co jest dobre, a co lepsze?

Po zawieszeniu butów piłkarskich na kołku "Lolou" zajął się, podobnie jak Józef Kałuża, trenowaniem. W zasadzie jeszcze jako czynny piłkarz – pod koniec lat dwudziestych – przyjął propozycję prowadzenia treningów w tarnowskim Żydowskim Towarzystwie Gimnastyczno-Sportowym Samson. W latach trzydziestych przeniósł się właśnie do Tarnowa. Gdy był potrzebny był jednak wciąż przy Cracovii.

Kiedy Pasy w 1935 roku po raz pierwszy w swej historii zaliczyły spadek z ligi "rada mędrców" debatowała nad tym jak wyprowadzić klub z impasu. Na fotografii, która została zamieszczona w grudniowym numerze "Przeglądu Sportowego" z tego samego roku widzimy: Synowca, Cikowskiego, Gintela i Lustgartena. Niewątpliwie narady twórców dawnej, wielkiej sławy Cracovii przyniosły dobry skutek, bowiem Pasiacy w kolejnym sezonie powrócili do elity, a następnie – jako pierwszy w historii beniaminek – uzyskali tytuł mistrzowski.

A skoro doprowadziliśmy już historię Ludwika do spokojnego zakończenia kariery zajmijmy się jego dwoma najsłynniejszymi "pamiątkami", jakie pozostawił w codziennym życiu Cracovii.

LUDWIK NA WOJENNEJ ŚCIEŻCE, CZYLI SKĄD SIĘ WZIĘŁA ŚWIĘTA WOJNA

Świętą wojną nazywano w Krakowie rywalizacje dwóch żydowskich klubów: Jutrzenki i Makkabi. I trzeba dodać, że nazwy tej używano na długo przed tym, jak przydomek ten przylgnął do rywalizacji Pasów z "Białą Gwiazdą".

Żeby zrozumieć na czym polegała święta wojna toczona pomiędzy dwoma żydowskimi klubami: Jutrzenką oraz Makkabi i dlaczego rzucone przez Gintela przed Wielkimi Derbami Krakowa słowa utrafiły również w sedno rywalizacji Cracovii z Wisłą trzeba wyjaśnić pewną całkiem fundamentalną rzecz. Otóż wymienione żydowskie kluby pałały do siebie tak ogromna nienawiścią z powodu diametralnie różnego podejścia do kwestii asymilacji ludności żydowskiej w Polsce. Nie wdając się w rozwlekłe wyjaśnienia i dysputy akademickie: Jutrzenka była klubem, z którym utożsamiali się Żydzi asymilujący się o antysyjonistycznym nastawieniu (powiązani nierzadko z lewicowym Bundem), mówiący zwykle po polsku i z Polską wiążący swoją przyszłość. Dla odmiany Makkabi było klubem żydowskiego środowiska nacjonalistycznego, a konkretnie żydowskich syjonstów, którzy asymilację Żydów tępili (zarówno werbalnie, jak i fizycznie), uważali ją za szkodliwą, obniżającą potencjał potrzebny do budowy państwa Izrael w Palestynie.

I można również powiedzieć, że ten podział dawał się dość ściśle przenieść z Jutrzenki i Makkabi na Cracovię i Wisłę: Cracovia miała w swoich szeregach piłkarzy wielu narodowości, grało w niej oczywiście bardzo wielu Żydów, lecz także Austriacy, Niemcy, Anglicy. Wisła była klubem narodowym i przyjmowała w swoje szeregi wyłącznie Polaków, Cracovia otwartym, przyjmującym w swe szeregi każdego chętnego bez względu na wyznanie, czy narodowość.

Jak opisuje to w opasłym dziele "Kopiec Wspomnień" Manuel Rumpel: (...) demokratyczna Cracovia popierała Jutrzenkę, natomiast Makkabia mimo, że była klubem żydowskim, była antagonistką Jutrzenki. Pikanteria tego polega jeszcze i na tym, że w atakach na Jutrzenkę sprzymierzała się Makkabia z katolicką Wisłą, stosującą do Żydów numerus nullus.

Już w czerwcu 1922 roku możemy znaleźć taką oto notkę w "Przeglądzie Sportowym: Drużyną żydowską nazwał Cracovię jeden z graczy Wisły na boisku w czasie niedzielnego meczu. Białoczerwoni złożyli wielki dowód taktu, że na takie bezsensowne powiedzenie nie zareagowali, a mogliby coś powiedzieć o wieczorze po zwycięstwie Makkabi z Cracovią.

Wspólna nienawiść Makkabi i Wisły do duetu Jutrzenka - Cracovia powodowana była zatem w pierwszym rzędzie rekrutowaniem w swe szeregi przez owe dwa znienawidzone kluby asymilujących się Żydów – co stanowiło całkowite zaprzeczenie politycznych orientacji zarówno Makkabi, jaki i "Białej Gwiazdy" (choć oczywiście oba środowiska nie chciały asymilacji polskich Żydów z powodów zgoła odmiennych).

Co również niezmiernie ciekawe w Żydowskim Klubie Sportowym Makkabi można było znaleźć także takich zawodników jak lewoskrzydłowy Wehlfeiler, który marzył o grze w Wiśle – o czym w swej książce "Piłka Nożna w okupowanym Krakowie" wspomina Stanisław Chemicz. A jak dodaje w przypisach: marzenie Wohlfeilera ziściło się po drugiej wojnie, kiedy Wisła przystąpiła do zrzeszenia sportowego Gwardia. Zagrał on wtedy raz przeciwko Cracovii, a po meczu oświadczył, że może już więcej nie grać w piłkę.

Ten przydługi być może, ale jednak potrzebny opis pozwala zrozumieć dlaczego gdzieś w połowie lat dwudziestych (jako najbardziej prawdopodobny rok wymienia się 1924, lub 1925) Ludwik Gintel wychodząc z szatni miał rzucić do swych kolegów słowa: "no, to chodźmy, panowie, na tę naszą świętą wojnę".

Zupełnie innym zagadnieniem jest to w jaki sposób słowa rzucone w szatni Cracovii trafiły do relacji prasowych i stały się już po wsze czasy określeniem używanym wyłącznie do Wielkich Derbów Krakowa. Ale i to być może kiedyś uda się wytłumaczyć.

TRENING NOWOROCZNY, CZYLI O PÓŁNOCY W PARYŻU

Poszlaki układające się w ciąg zdarzeń i prowadzące do jednoznacznej sugestii, że tradycja Treningu Noworocznego nie jest samoistnym pomysłem piłkarzy Pasów powracających z imprezy sylwestrowej, lecz że została podpatrzona, a następnie "importowana" z Paryża w niczym nie zmieniają wagi tego wydarzenia. W Polsce Trening Noworoczny jest bowiem czymś tak osobliwym, a jednocześnie tak mocno zrośniętym z nazwą "Cracovia", że pierwszeństwo w tym względzie nie pozostawia dyskusji.

Spróbujmy jednak pójść tropem klubowej legendy, która funkcjonowała przez długie dziesięciolecia. Legenda ta mówiła, że w latach dwudziestych po jednaj z zabaw sylwestrowych powracający z niej piłkarze Cracovii postanowili wstąpić na stadion, by dla o(t)rzeźwienia pokopać w piłkę. Jeśli pada w tym kontekście jakieś nazwisko, to tylko jedno: Ludwik Gintel, bowiem to właśnie "Lolou" miał podrzucić kolegom ów pomysł. I nawet, jeśli był to pomysł stanowiący pierwotnie tylko nawiązanie do wspomnień francuskich wojaży i paryskich, sylwestrowych uciech, to jednak nieomal natychmiast przerodził się on w coś znacznie większego.

Już w roku 1932 noworoczne granie opisane zostało na łamach "Przeglądu Sportowego" jako tradycyjna inauguracja sezonu piłkarskiego przez Cracovię .

W zasadzie można by się zastanawiać czy w Cracovii mogło się wydarzyć coś, za co Gintel by nie odpowiadał. No bo gdy Gintel mówił, żeby iść pokopać w piłkę w Nowy Rok na stadionie (niezależnie, czy dorzucał do tego "jak wtedy, w Paryżu", czy też nie) to nie ma protestów i tak rodzi się Trening Noworoczny. Gdy trzeba zmobilizować drużynę na Wielkie Derby to Gintel rzuił słowa o "świętej wojnie" i tym już bezdyskusyjnie zyskał sobie nieśmiertelność.

Gintel, w przeciwieństwie do niektórych kolegów, nie rwał się z piórem w dłoni na łamy gazet, nie teoretyzował o zagadnieniach taktycznych, ani formie przeciwników, za to bardzo chętnie udzielał wywiadów w których – jeśli wierzyć opiniom Stanisława Mielecha – nierzadko koloryzował i wyolbrzymiał pewne fakty, czy sytuacje. Robił przy tym jednak niezawodny spektakl, a że był paplą i miał cięty dowcip to chciało się jego opowieści czytać. O tak, wywiad z Gintelem z pewnością w latach dwudziestych musiał być gwarancją zwiększenia nakładu. Bo też i Gintel miał charakter zarówno na boisku jak i poza nim – jest typem przywódcy, który zdobywa posłuch nie karnością i surowością, lecz dowcipem, spokojem i zaufaniem.

PARADOKSY, CZYLI POWOJENNY KALEJDOSKOP ZDARZEŃ

Ludwik Gintel w czasie II Wojny Światowej trafił do Rumunii, skąd wyjechał do Palestyny – zamieszkał tam wraz z dużą częścią rodziny. Asymilacyjne zapędy nie zdały się na wiele i przedwojenny dwunastokrotny reprezentant Polski, polski olimpijczyk z 1924 roku, dwukrotny Mistrz Polski z Cracovią (1921 i 1930), także brązowy medalista Mistrzostw Polski z 1922 roku po wojnie wyfrunął z Polski by współtworzyć izraelskie państwo.

Kolejny paradoks jest taki, że ten wieczny wesołek, który wedle słów Mielecha błaznował bez przerwy , zawsze dworujący ze wszystkich i wszystkiego współtwórca "wielkiej Cracovii" na wieść o tym, że jest nieuleczalnie chory w lipcu 1973 roku w Tel Awiwie popełnił samobójstwo, skacząc z trzeciego piętra domu swojej siostry.

Traf chciał, że w momencie śmierci Ludwika Gintela Cracovia – po czterech z rzędu spadkach – również doznawała najcięższego w swej historii upadku, zajmując 5. miejsce w rozgrywkach czwartej ligi. Ligowa pozycja Pasiaków sytuowała ich wówczas pomiędzy rezerwami Wisły, a rezerwami Hutnika…

I mogło się wtedy wydawać, że legenda "wielkiej Cracovia" też bliska jest unicestwienia. Na szczęście Cracovia odżyła i nieco już zapomniany gwiazdor międzywojennej drużyny, dwukrotny Mistrz Polski również został doceniony.

Ba! Kilkadziesiąt lat po jego śmierci policzono jeszcze raz bramki z sezonu 1928 roku, kiedy to Ludwik przesunięty z obrony na pozycję napastnika oficjalnie został uznany wice-królem strzelców ligowych (niektóre gazety podawały, że został królem strzelców ex-aequo, co tylko pokazuje, że prawidłowe zliczenie bramek piłkarza Pasów i jego rywala w walce o laur najlepszego snajpera już wtedy rodziło pewne wątpliwości).

Znakomity znawca i historyk piłki nożnej Andrzej Gowarzewski pochylił się jeszcze raz nad statystykami z roku 1928 i udowodnił niezbicie, że Gintelowi... jednak należy się tytuł króla strzelców!

Ludwik pozostał więc sobą i nawet zza grobu nie przestaje zadziwiać, płatając nowe figle: nie dość, że jest prawdopodobnie jedynym nominalnym obrońcą, który przesunięty do ataku został królem strzelców ligi, to z całą pewnością jest on również jedynym królem strzelców, który uzyskał ten tytuł w trybie post-mortem.

No i jest jeszcze jedna zabawna sprawa: aby ów tytuł króla strzelców mógł trafić w ręce Pasiaka ktoś musiał go stracić. Traf chciał, że straciła go legenda "Białej Gwiazdy", Henryk Reyman.

Tym samym niezrównany Gintel mógłby więc sobie dopisać także i kolejną w karierze wygraną "Świętą Wojnę".

Paweł Mazur "depesz"
Paweł Mazur "depesz"
Źródło: terazpasy.pl 7 września 2021 [1]


w 1922
w 1926
w starszym wieku