Janusz Filipiak

Z WikiPasy.pl - Encyklopedia KS Cracovia
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Janusz Filipiak

Filipiak Janusz.jpg

Informacje ogólne
Imię i nazwisko Janusz Filipiak
Urodzony(a) 3 sierpnia 1952, Bydgoszcz
Wiek 64 l.

Janusz Filipiak urodził się 3 sierpnia 1952 w Bydgoszczy.

Prezes Zarządu ComArch oraz prezes MKS Cracovia SSA.

Janusz Filipiak posiada wykształcenie wyższe - profesor dr habilitowany w zakresie nauk technicznych, od 1997 roku jest profesorem zwyczajnym na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. W latach 1991-98 kierował Katedrą Telekomunikacji AGH.

Profesor Filipiak jest autorem ponad stu publikacji z zakresu telekomunikacji i teleinformatyki, sześciu książek z zakresu teleinformatyki (trzy z nich zostały wydane w Stanach Zjednoczonych i w Europie Zachodniej), redaktorem czasopism i konsultantem instytucji krajowych i zagranicznych). Członek Komitetu Elektroniki i Telekomunikacji PAN. Ukończył szkolenie menedżerskie w Japonii.

3 maja 2004 roku został za wybitne zasługi dla rozwoju telekomunikacji i teleinformatyki odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski[1]. Osiem lat później, 3 maja 2012, został za wybitne zasługi dla rozwoju gospodarki narodowej oraz za osiągnięcia w działalności charytatywnej i społecznej uhonorowany przez Prezydenta RP Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski[2].

Istotniejsze fakty z życiorysu:

  • 1972 - wstąpił do PZPR[3]
  • 1976 - obronił pracę magisterską
  • 1979 - uzyskał doktorat
  • 1984 - uzyskał habilitację
  • 1989 - powrócił do kraju z Australii
  • 1991 - uzyskał tytuł profesora Akademii Górniczo-Hutniczej
  • 1994 - założył firmę ComArch
  • 1997 - uzyskał tytuł profesora zwyczajnego
  • 2004 - został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski
  • 2004 - został prezesem MKS Cracovia SSA
  • 2012 - został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski
Prezes Filipiak podczas meczu z Radomiakiem

Spis treści

Przypisy

  1. Strona Aleksandra Kwaśniewskiego
  2. Oficjalna strona Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
  3. Fragment z Gazety Wyborczej (nr 161 12/07/2004): Na początku studiów w 1972 r. wstąpił do PZPR. - Byłem szeregowym członkiem. Wierzyłem, że to ma sens. To był ten etap, gdy wiwatowano na cześć Gierka. Czy przynależność pomagała? Zaprzecza: "AGH była antykomunistyczna. Nie powinienem tego robić, myśląc o karierze naukowej".

Prasa

"Właściciel Cracovii: W Polsce krąży dziwny mit wielkiej Legii" -
Przegląd Sportowy

Właściciel Cracovii: W Polsce krąży dziwny mit wielkiej Legii

Właściciel Cracovii Kraków Janusz Filipiak wierzy w utrzymanie w ekstraklasie. - Dlatego jestem milionerem, że wierzę w to, co robię - oświadcza. W piątek Cracovia zagra z Legią Warszawa.

Na czym opiera pan wiarę w utrzymanie Cracovii? Nikt już w to nie wierzy.

- Dlatego właśnie ja jestem milionerem, a pan dziennikarzem. Pan ma być sceptyczny, a ja mam wierzyć w przedsięwzięcie, aby osiągnąć cel - mówi właściciel ostatniej drużyny ekstraklasy.

Janusz Filipiak uważa, że jego zespół ma realną szansę na utrzymanie w elicie, mimo iż przeczy temu logika. Nie przyjmuje do wiadomości, że pierwsze cztery kolejki mogą przynieść zero punktów.

- Trudny początek? Kto tak powiedział? - pyta nieco lekceważąco Filipiak. Zaczyna wyliczankę od meczu z Legią.

- W polskiej lidze krąży jakiś dziwny mit wielkiej Legii, który nie jest poparty ani jej składem, ani wynikami w europejskich pucharach. Dlatego też ściągnęliśmy w znacznej mierze zawodników z zagranicy, aby nie bali się mitu - mówi.

- Proszę pamiętać, że w poprzedniej rundzie Legia wygrała z nami dlatego, że musiała wygrać na otwarcie stadionu. Niektóre decyzje sędziów były wątpliwe.

Faktem jest, że w znacznym stopniu o niepowodzeniach zespołu zadecydowały też przepychanki na linii Ekstraklasa - PZPN. Cracovia miała prawo żądać przeniesienia meczów ze Śląskiem i Legią, gdyż czterej jej zawodnicy wracali z meczów międzynarodowych. Ekstraklasa nie spełniła tej prośby, mimo iż była ona logiczna. Uzasadnienie było takie, że zawodników, przynajmniej tych grających w kadrze U-23 (Polczak, Wasiluk, Janus), klub zwalniać nie musiał. I Cracovia straciła punkty, których stracić nie musiała.

- Zespół mógł mieć kilka punktów więcej, niektóre porażki były bardzo pechowe. Nie było aż tak źle, jakby sugerowały wyniki - mówi nowy bramkarz Szymon Gąsiński.

Duże wzmocnienia

Fatalne były zwłaszcza porażki z Górnikiem i Polonią Bytom, a także to, że Ntibazonkiza (ściągnięty za 700 tys. euro) przestrzegał ramadanu, a jego niedożywienie prawdopodobnie doprowadziło do słabej gry i w końcu kontuzji. Teraz tego problemu nie będzie.

Jest więc kilka pozornie logicznych przesłanek, którymi ma prawo kierować się właściciel Cracovii. Takich, które pozwalają mu formułować optymistyczne sądy. W porównaniu z jesienią Cracovia ma mocniejszą kadrę. Klub jest jednym z tych zespołów, które zimą zrobiły największe transfery.

- Trener Szatałow dostał, kogo chciał - zauważa Filipiak. Szatałow znany jest z tego, że jego drużyny walczą na ostrzu noża. - Do utrzymania potrzeba nam minimum 8 zwycięstw - wylicza trener Cracovii, który wcześniej dokonywał cudów. Z Polonią Bytom dwukrotnie zajmował 7. miejsce, choć zespół corocznie typowany był do spadku. - Różnica jest taka, że w Polonii dostawałem zawodników i musiałem z nich coś sklecić, a tu chcę coś zrobić i dostałem na to środki - mówi Szatałow.

Spełniono wszystkie jego warunki, jest więc w Krakowie ta wiara, której brakuje ludziom z zewnątrz. Filipiak zapewnia, że nie interesuje go budowanie drużyny na awans. - Dokonaliśmy sporego wysiłku, by stworzyć zespół, który się utrzyma.

Szatałow dodaje, że nie jest to model znany z Odry Wodzisław: - Nie chcieliśmy ściągać 35-latków na szybko, ale takich zawodników, którzy będą wygrywać w przyszłości. Dodaje, żeby raczej nie spodziewać się widowiskowej, fantastycznej gry. Zresztą, gdy z nim rozmawialiśmy, analizował właśnie grę Legii i szukał rozwiązań na dzisiejsze spotkanie. - Najważniejszym czynnikiem jest wynik. Bardzo chcemy grać widowiskowo, ale w drugiej kolejności - mówi trener, który dotychczas w Polonii zazwyczaj stosował ustawienie 4-5-1, przy czym zawodnicy mocno koncentrowali się na zadaniach defensywnych. Można powiedzieć, że największe dziury zostały załatane.

Załatane dziury

Problemem był bramkarz. Doszedł Szymon Gąsiński, według statystyk najskuteczniejszy bramkarz ekstraklasy. Wyliczyliśmy, że wybronił niemal 85 procent strzałów, co jest wynikiem wybitnym. Polonia Bytom dostała za niego 400 tysięcy złotych. Doszedł też drugi bramkarz, Wojciech Kaczmarek, który w Śląsku przegrał rywalizację z Marianem Kelemenem.

Defensywa popełniała szkolne błędy - są nowi obrońcy, na których wydano 2,5 mln zł. Ściągnięci zza granicy, bo jak mówi Szatałow, mało kto z Polski przyjdzie do Cracovii. Napastnicy byli nieskuteczni - do linii ofensywnej doszedł Aleksiejs Visnakovs, o którym Szatałow mówi, iż może być transferem zimy, i Pavol Masaryk, były król strzelców ligi słowackiej. Kontrakty podpisali wczoraj.

Nie są to transfery, które rzucają na kolana: - W Polonii robiłem transfery piłkarzy, którzy wydawali się ludziom anonimowi. Potem wszyscy pytali, dlaczego Polonia tak dobrze i ładnie gra - stwierdza trener. Przyzwoitą już pomoc wzmocnił Piotr Giza, który cztery lata temu był tu gwiazdą numer 1, a w Legii został odrzucony. - Zawodnicy odrzuceni mają coś do udowodnienia - przypomina Szatałow. Do tego jeszcze kilka uzupełnień i jest drużyna, która nie powinna mieć problemu z utrzymaniem. Ale to tylko gdyby rozgrywki zaczynały się dziś od zera. Tymczasem mówimy o zespole, który zdobył jesienią 8 punktów i do bezpiecznego zespołu traci aż 9.

Zapewnienia są więc optymistyczne, ale Cracovia ma nóż na gardle. Właściciel, trener i piłkarze starają się udawać, że to nic takiego, zwykły scyzoryk. Pierwsze kolejki zweryfikują ich słowa.
Źródło: Przegląd Sportowy 25 lutego 2011 [1]

"Minister sprawiedliwości przeprosił prezesa Cracovii" -
Gazeta Wyborcza

Minister sprawiedliwości przeprosił prezesa Cracovii

Prezes MKS Cracovii SSA Kraków Janusz Filipiak otrzymał pisemne przeprosiny od ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego.

12 kwietnia prezes Cracovii został zatrzymany przez prokuraturę. Kilka dni później sąd uznał, że zatrzymanie to było niezasadne i nielegalne. Ćwiąkalski przeprosił Filipiaka za działania prokuratury.

- W piśmie, które dotarło do mnie w czwartek, są słowa, które mnie satysfakcjonują. Minister wyraża szczere ubolewanie wobec zaistniałej sytuacji. Przeprasza za wszelkie wynikłe stąd nieprzyjemności, jakie mnie spotkały - powiedział Filipiak.

Filipiak nie zdecydował jeszcze, kiedy złoży w sądzie dokumenty w sprawie odszkodowania za niezasadne zatrzymanie. - Najpierw chcę ostatecznie wyjaśnić do końca tę sprawę, a potem dopiero wystąpię o odszkodowanie - powiedział.

Prezes MKS Cracovia SSA Kraków i giełdowej spółki informatycznej Comarch został zatrzymany 12 kwietnia na lotnisku w Balicach. Następnego dnia prokuratura postawiła mu zarzuty pomocnictwa w antydatowaniu kontraktu b. piłkarza Cracovii Pawła Drumlaka oraz działania na jego szkodę przez naruszanie praw pracowniczych. Wobec biznesmena, który nie przyznał się do winy, zastosowano poręczenie majątkowe w wysokości 100 tys. zł.

Kilka dni później krakowski sąd uznał, że zatrzymanie i doprowadzenie do prokuratury działaczy Cracovii - w tym Janusza Filipiaka - było niezasadne i nielegalne.
Źródło: Gazeta Wyborcza 15 maja 2008

"Filipiak, czyli twarde rządy" -
POLSKA Gazeta Krakowska

Filipiak, czyli twarde rządy

Jak komuś coś nie pasuje, no to wynocha! Zamiast graczy sprzedaje nowe technologie.

To bez wątpienia jedna z najbarwniejszych postaci w lidze. Janusz Filipiak. Profesor, inżynier telekomunikacji. Właściciel Cracovii, klubu ze 102-letnią historią. Także właściciel - wraz z żoną - większościowego pakietu komputerowej spółki Comarch i jeden z nielicznych Polaków, którzy zarabiają na sprzedaży nowoczesnej technologii. Jego majątek szacuje się na l mld zł. Posiada najsłynniejszą krakowską restaurację Wierzynek. Niedawno sprzedał, założony przez siebie, trzeci co do wielkości w Polsce portal Interia.pl. Za kilkadziesiąt milionów euro.

Filipiak kupił Cracovię pięć lat temu, bo po pierwsze chciał zrobić coś dla zasłużonego dla Polski i Krakowa klubu, a po drugie trafnie wyczuł, że królewskie miasto może zrobić coś dla niego.

Tereny Cracovii sąsiadowały z Akademią Górniczo-Hutniczą, gdzie skończył studia, skąd wyruszył w świat w stanie wojennym i dokąd wrócił. Kiedy dostrzegł, że do katedry telekomunikacji zgłasza się coraz więcej klientów po oprogramowanie, zrezygnował z posady wykładowcy, wynajął pokój, zatrudnił czterech najzdolniejszych studentów i zaczął pracę na własny rachunek. Już w pierwszym roku zarobił pierwszy milion. Nie miał kłopotu ze zbytem - pracował we Francji, Niemczech, Australii i Stanach Zjednoczonych, wszędzie nawiązując kontakty.

Tradycji biznesowych nie miał żadnych - wywodzi się z przeciętnej polskiej rodziny z okolic Bydgoszczy. Ale miał nosa, bo branża informatyczna, zwłaszcza telefonia komórkowa, przeżywa właśnie najlepsze lata. Miał też szczęście. Kiedy Prokom Ryszarda Krauzego odebrał mu dużych państwowych klientów, takich jak TP SA, nie poddał się, tylko postawił na eksport.

Udało się. Comarch ma dziś biura w wielu stolicach świata, a rekrutacja do firmy polega wciąż na polowaniu na najbystrzejszych studentów polskich uczelni.

Filipiak kupił klub, gdy ten grał w trzeciej lidze. Wygrał trudną walkę o awans z Dariuszem Wdowczykiem i Koroną. Po roku świętował awans do ekstraklasy, a na Rynku, wraz z kibicami - głośno wyśpiewywał najbrzydsze piosenki o rywalce z Krakowa - Wiśle. Bardzo swoich kibiców wspierał i tłumaczył, że tylko dzięki nim pamięć o Cracovii nigdy nie zaginęła. Ale ostatnio zmienił front. Zwalcza chuligaństwo, na stadion wpuszcza jedynie posiadaczy karnetów, no i nie dąży do sukcesu za wszelką cenę.

Kiedy zorientował się, że w piłce istnieje gigantyczna korupcja - pozbył się wszystkich ludzi, którzy mogli być w nią wcześniej zamieszani. Ukrócił samowolę piłkarzy. Kiedy były kapitan Kazimierz Węgrzyn (dziś ekspert Canal+) zwrócił się do prezesa o dodatkowe premie, Filipiak odmówił i w swoim charakterystycznym twardym tonie wypalił: "A jak komuś coś nie pasuje, to może wypie...".

Filipiak jest uparty i cały czas udowadnia, że ten rządzi, kto ma pieniądze. Kiedy chciał postawić na młodzież, zaproponował aż dziesięcioletni kontrakt Wojciechowi Stawowemu, trenerowi, z którym odnosił sukcesy. Ale kiedy Stawowy raz się sprzeciwił woli szefa - został zwolniony już po miesiącu! Stawowy chciał zabrać zespół na zimowe, zagraniczne zgrupowanie. Filipiak: "Chcą jechać, niech się sami na ten wyjazd złożą".

Profesor, mimo że należy do czołówki polskiego biznesu, raczej unika rozgłosu. Ma troje dzieci, mieszka u podnóża kopca Kościuszki, najchętniej spędza czas przed komputerem. Podobnie jak faworyzowany przez niego trener Stefan Majewski, u którego najbardziej imponuje mu chęć samokształcenia i znajomość języków obcych. Jest skłonny wybaczyć szkoleniowcowi nawet brak wyników. Ale swój cel realizuje - Cracovia gra w piłkarskiej elicie, a jej byt jest stabilny.

Także dzięki temu, że Filipiak nie jest rozrzutny: "Jak kogoś stać, żeby płacić piłkarzowi po 300 tys. euro rocznie, niech płaci. U mnie nikt nie weźmie więcej niż 100 tys., bo najwyżej tyle ta praca jest warta". Profesor bez żalu oddał Legii Piotra Gizę, choć ten był najlepszy w drużynie. Bo nie słuchał trenerów. A porządek to coś, co Filipiak ma we krwi. I woli stracić, niż ustąpić.
Paweł Zarzeczny
Źródło: POLSKA Gazeta Krakowska 15 marca 2007

"Profesor, prezes, kibic futbolu" -
Gazeta Wyborcza

Profesor, prezes, kibic futbolu

Tysiące gardeł szalikowców na stadionie Cracovii potrafią krzyczeć w amoku: "Pan profesor!!! Pan profesor!!!" Janusz Filipiak, twórca i prezes ComArchu, to pierwszy profesor wśród kibiców i pierwszy kibic wśród profesorów. Kim jest człowiek, który w dziesięć lat z firmy mieszczącej się w ciasnym pokoiku zbudował informatycznego potentata?

Gdy w czerwcu, w pierwszym barażowym meczu z Górnikiem Polkowice o awans do ekstraklasy, przy prowadzeniu 3:0 dla Cracovii, kibice w Krakowie skandowali: "Janusz Filipiak!", 52-letni profesor wstał z ławki, odwrócił się do trybun i uniósł ręce. Stadion zawył z radości.

Gdyby na początku lat 90. nie wynajął 16-metrowego pokoju w budynku Akademii Górniczo-Hutniczej (AGH) w Krakowie, pewnie siedziałby tego lata przed telewizorem z piwem w ręku i emocjonował się meczami Mistrzostw Europy w Portugalii, Cracovia grałaby najwyżej w II lidze, a na giełdzie nie byłoby spółki wartej blisko 400 mln zł. Na tyle właśnie inwestorzy wyceniają ComArch SA, który Janusz Filipiak z żoną Elżbietą i kilkoma współpracownikami powołał w 1994 r.

Włoski dziennik "Corriere della Sera" napisał o nim ostatnio jako o polskim Billu Gatesie, legendarnym twórcy potęgi Microsoftu. Był w elitarnym gronie osób nominowanych w Polsce w konkursie "Przedsiębiorca Roku 2003" organizowanym przez firmę doradczą Ernst & Young.

Asystent i dozorca
Filipiak pewnie nawet o tym nie śnił, kiedy na początku lat 80. przez pół roku, dzień w dzień jako młody naukowiec AGH po nocnym stróżowaniu na budowie jednego z krakowskich osiedli wsiadał o 6. rano do pociągu, aby jechać do kolejnej pracy, tym razem w odległej o 70 km Hucie Katowice.

Doktorowi mieszkającemu na 18 metrach w asystenckim akademiku z żoną i dwójką małych dzieci nie przelewało się. Na własne życzenie pracował w hucie. Miała pieniądze na zlecenia, a stał tam nieużywany, a markowy, sprzęt komputerowy. Dorabiał i nie brakowało mu "do pierwszego".

Rektor AGH prof. Ryszard Tadeusiewicz zna Filipiaka od ponad 20 lat: zaczynali razem karierę naukową jako asystenci w Instytucie Informatyki i Automatyki AGH. - Niesłychanie kompetentny i oczytany - wspomina prof. Tadeusiewicz. Co widzieli w nim studenci? - Byli zafascynowani jego wizjami. Był fanatykiem zbierania najnowszych informacji z wydawnictw zagranicznych.

Filipiak przyjechał na studia do Krakowa aż z rodzinnej Bydgoszczy. W ogólniaku był uczniem średnim, nie za pilnym. Ale z matematyki i fizyki miał piątki. Jego pasją była fizyka teoretyczna. Zanim skończył 19 lat, znał równanie Schroedingera, zasadę Heisenberga, rachunek różniczkowy. Do Krakowa ściągnął, bo tutaj fizyka była wówczas na bardzo wysokim poziomie. Egzamin wstępny zdał w cuglach. Czemu nie został wybitnym fizykiem? Decyzją dziekana został przymusowo skierowany na elektrotechnikę, bo wówczas nie było chętnych na ten kierunek.

W 1976 r. z wyróżnieniem obronił pracę magisterską. Praca na uczelni pociągała go, bo była ciekawa, dawała perspektywę wyjazdów za granicę, no i dorabianie na pracach zleconych. W siermiężnych latach 80. często wyjeżdżał na Zachód (Francja, Australia). Dlaczego nie uciekł z kraju? Mówi: "Na to byłem zbyt mądry". Pieniądze zarobione za granicą były finansową trampoliną. W kraju miał miesięcznie równowartość 20 dol., a w Paryżu w 1984 r. (pracował dla France Telecom) dostawał 1000.

Na początku studiów w 1972 r. wstąpił do PZPR. - Byłem szeregowym członkiem. Wierzyłem, że to ma sens. To był ten etap, gdy wiwatowano na cześć Gierka. Czy przynależność pomagała? Zaprzecza: "AGH była antykomunistyczna. Nie powinienem tego robić, myśląc o karierze naukowej".

- Nie znam nikogo, komu Filipiak zaszkodziłby jako członek PZPR. Zawsze był człowiekiem prawym. Ale nie ma wątpliwości, że dzięki partii miał łatwiej z wyjazdami zagranicznymi - uważa prof. Tadeusiewicz. Partia w życiorysie zaczęła przeszkadzać po 1989 r., kiedy Filipiak z rodziną wrócił do kraju z trzyletniego pobytu w Australii (dwa lata później został profesorem AGH). Gdy odnawiano jego nominację na kierownika katedry telekomunikacji, wygrał głosowanie w radzie wydziału przewagą zaledwie czterech głosów (52-48). Był rozgoryczony.

Pokój 415
Tym, czym dla amerykańskiego Hewlett-Packarda był legendarny garaż, gdzie powstawały pierwsze urządzenia elektroniczne tej firmy, tym dla ComArchu był pokój 415 na AGH. Filipiak mocno podkreśla, że wziął się za biznes, gdy odniósł już sukces naukowy: był dyrektorem centrum badawczego, publikował książki, wygłaszał wykłady na renomowanych uczelniach. Kierował pracami zleconymi uczelni z dziedziny informatyki i telekomunikacji. Do ComArchu lgnęli studenci, którzy na tym samym korytarzu mieli drzwi prowadzące do spółki i na zajęcia. Wykonywane projekty były często pracami magisterskimi - uczyli się, jednocześnie zarabiając pieniądze. - Zaangażowanie studentów w pracę było korzystne, bo wcześnie konfrontowali teorię z rzeczywistością i potrzebami rynku pracy. Ale na uczelni pojawiały się też opinie, że praca w ComArchu rozprasza studentów drugiego czy trzeciego roku, że zamiast koncentrować się na nauce robią fuchy - mówi prof. Tadeusiewicz.

Młodzi ludzie, studenci lub świeżo upieczeni absolwenci, byli i są kołem zamachowym spółki. W tym roku ComArch bierze 136 studentów III roku na wakacyjny staż. Większość z nich ma szansę na pracę.

Związki z AGH nie zawsze usłane były różami. - Niektóre wystąpienia Filipiaka były krzywdzące dla uczelni - mówi z żalem prof. Tadeusiewicz. Kością niezgody było to, w jakim stopniu wykształcenie na AGH powinno odpowiadać interesom ComArchu. Filipiak jako pracodawca oczekiwał, aby kształcono absolwentów według bieżących potrzeb jego spółki. Tymczasem, jak chce tego prof. Tadeusiewicz, uczelnia powinna kształcić szerzej niż tylko pod kątem jednej firmy. I tak robi.

Relacja profesor - uczeń jest wpisana w filozofię spółki. Gdy przyjechałem na rozmowę z Filipiakiem do siedziby ComArchu w krakowskim Parku Technologicznym, na recepcji powiedziałem: "Jestem umówiony z profesorem". Pracownik nie zawahał się nawet przez sekundę, do kogo zadzwonić, bo w ten sposób w ComArchu można mówić tylko o jednym człowieku.

Zresztą łatwo tam poczuć się jak na AGH: korytarze czy stołówkę w porze lunchu wypełnia tłum ludzi w wieku studenckim. Średnia wieku w zatrudniającej ponad tysiąc osób firmie to 27 lat.

Sam Filipiak lubi, gdy zwraca się do niego "profesorze", a nie "prezesie". Będąc jednocześnie prezesem i posiadając (razem z żoną) blisko 70 proc. głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy, ma dominującą pozycję w firmie. W kluczowych sprawach decyduje jego głos.

Szampan na stoku
Jak z firmy o rocznym obrocie rzędu kilkunastu milionów złotych uczynić potentata wymienianego jednym tchem razem z Prokomem czy ComputerLandem? To proste: wprowadzić na giełdę. - Potrzebowaliśmy giełdy, aby się uwiarygodnić. Mniej potrzebne były pieniądze - mówi Filipiak.

ComArch chciał zdobyć 14 mln zł, a inwestorzy zapisali się na papiery warte 310 mln zł. Debiut na giełdzie w marcu 1999 r. wywołał euforię. Akcje weszły ze 102-proc. przebiciem. Grupa pracowników ComArchu, razem z Flipiakiem i jego żoną, przebywała wówczas na nartach we francuskim Chamonix. O cenie debiutu dowiedzieli się, szusując na stoku. Na śniegu strzelały korki od szampanów.

Krótko po tym spółka sprzedała kolejne akcje, tym razem warte już 70 mln zł. Pęknięcie bańki internetowej nie przeszkodziło wprowadzić na giełdę wspólnego dziecka ComArchu i Radia RMF FM - portalu internetowego Interia.pl. W marcu 2001 r. ComArch wszedł na blisko trzy lata do indeksu WIG20 - prestiżowej grupy 20 największych spółek warszawskiej giełdy.

Upadły anioł w tle
I właśnie gdy ComArch i Filipiak byli u szczytu sukcesu, pojawiły się pierwsze rysy. Spółka straciła kluczowy kontrakt u głównego klienta TP SA, co mocno uderzyło w przychody. Operator używał wtedy dwóch systemów billingowych: Tytan (ComArchu) i Serat (spółki Spin należącej obecnie do Prokomu) i postanowił z jednego zrezygnować m.in. ze względu na obniżkę kosztów. Piotr Kostrzewski, szef biura prasowego TP SA wyjaśnia, że Tytan przegrał z Seratem, bo ten ostatni obsługiwał większość klientów (65 proc.) i był przygotowany do obsługi wszystkich. Z kalendarza wynika, że ComArch wypadł z łask TP SA krótko po prywatyzacji operatora w 2000 r.

Pod bokiem wypączkowały firmy internetowe, których oferty dla najlepszych pracowników ComArchu wywróciły do góry nogami system płac. Firma musiała podnieść skokowo pensje o 20-30 proc., kupić 120 samochodów służbowych i modlić się, aby utrzymać specjalistów będących najcenniejszym kapitałem każdej firmy informatycznej. Giełdowy wskaźnik Cena/Wartość Księgowa wynosi blisko cztery, czyli za złotówkę majątku spółki inwestorzy gotowi są płacić cztery złote. Gdyby wykasować umysły Filipiaka i jego pracowników, to spółka byłaby z grubsza warta cztery razy mniej.

Analitycy przebąkiwali, że ComArch stanie się "upadłym aniołem", z firmy godnej zaufania zmieni się w symbol klęski. Filipiak przyznaje, że był to krytyczny moment - firma mogła nawet upaść. Zaczęli odchodzić ludzie, z którymi tworzył ComArch. Ci, którzy zajmowali się kluczowymi projektami, zawdzięczali mu powodzenie i pieniądze. Szczególnie mocno zabolało go odejście w 2000 r. wiceprezesa Rafała Stycznia, który powołał Internet Investment Fund (IIF). Styczeń był jednym z pięciu założycieli ComArchu, cieszył się prestiżem wśród pracowników.

- Janusz mógł mieć żal do mnie, nauczył mnie wielu rzeczy, a ja postanowiłem działać na własną rękę - mówi Rafał Styczeń. Po odejściu, na walnym zgromadzeniu Styczeń nie dostał zgody na zamianę części swoich akcji na okaziciela, co pozwalałoby je sprzedać na giełdzie. Decydujący głos mieli od zawsze Filipiakowie. - To było emocjonalne zagranie. Mimo to nie czuję żalu - deklaruje Styczeń. Po walnym sięgnął za telefon i zapytał Elżbietę: "Dlaczego?". Nie usłyszał merytorycznego uzasadnienia.

Filipiak lubi podkreślać, że zarządza przez delegację zaufania, choć wiele razy zawiódł się na ludziach. Styczeń to potwierdza. I osobiście ma poczucie, że to zaufanie zawiódł. - Mam wrażenie, że Janusz po moim odejściu przestał ufać ludziom i coraz bardziej centralizował władzę - dodaje. W okresie gdy pracował w ComArchu, Filipiak dawał się przekonać na zarządzie. W połowie lat 90. rozważał sprzedanie firmy Prokomowi, ale wysłuchał przeciwnych głosów członków zarządu. Ostatnio kontakty obydwu menedżerów się ociepliły: Filipiak kilkakrotnie proponował Styczniowi powrót. Bezskutecznie. Styczeń ma swój dobrze rokujący biznes: jest prezesem IIF oraz BillBird - Moje Rachunki - firmy pośredniczącej w płatnościach np. za energię w kasach supermarketów.

Go west!
ComArch, w przeciwieństwie do wielu dotcomów, przetrwał na rynku i po otrząśnięciu się z kryzysu ponownie zaczął zaskakiwać. Filipiak ruszył za granicę. To była jego osobista idée fixe od startu firmy.

- Jest chęć, aby zrobić polską firmę, która zaistnieje na rynkach światowych na przekór reputacji Polaków, którzy tam nic nie potrafią zrobić - przekonuje Filipiak. Udało się. Na liście klientów pojawiły się: Nokia, Enitel (narodowy operator Nikaragui), Departament Komunikacji i Informatyki Stanu Waszyngton, 02 Germany (operator komórkowy). Sztandarowym produktem eksportowym jest system billingowy Tytan oraz InsightNet (zarządza siecią telekomunikacyjną, zapewniając np. odpowiednią przepustowość łączy).

- Ma ogromnie silną wolę i jest odważny biznesowo. Bez tego nie zbudowałby takiej firmy. Nie ma kompleksów wobec nikogo za granicą. Trzymam kciuki za jego działalność eksportową. Jeśli odnosi tam sukcesy, to pomaga to także naszej firmie działać za granicą - mówi Tomasz Sielicki, prezes i główny właściciel konkurencyjnego ComputerLandu.

- Jako jedyna notowana na GPW spółka z branży IT ma produkt, który zaistniał na rynkach zagranicznych - mówi Sobiesław Pająk, szef Departamentu Analiz i Doradztwa Inwestycyjnego CDM Pekao SA. Pozytywnie ocenia to, że na spotkaniach z analitykami Filipiak nie jest showmanem.

Teraz ComArch intensywnie inwestuje. Właśnie wbito pierwsze łopaty pod fabrykę oprogramowania w specjalnej strefie ekonomicznej w Krakowie. Kosztem 75 mln zł powstanie tam całe zaplecze firmy, gdzie zatrudnienie znajdzie 1300 osób. Przychody w zeszłym roku sięgnęły rekordowego poziomu w historii - 185 mln zł (wzrost o 18 proc.), a zysk netto 12 mln zł (26 proc.). Sprzedaż eksportowa całej grupy wzrosła do 38 mln zł. W pierwszym kwartale tego roku ComArch jeszcze bardziej podkręcił tempo: przychody skoczyły aż o połowę w stosunku do I kw. 2003 r., przekraczając prognozy zarządu. Według planów firma ma rozwijać się w tempie 20 proc. rocznie.

Filipiakowi coraz więcej czasu zabiera reprezentowanie firmy. Wchodząc do jego gabinetu, minąłem dźwigającą sprzęt ekipę telewizji z Bawarii. Na pytania odpowiada krótko. Słowo "biznes" wypowiada z angielskim "y" zamiast "i". O swoich najważniejszych cechach: "Pracowitość na granicy pracoholizmu, chęć tworzenia, odwaga, zawziętość". Łatwo zapala się do pomysłów.

- Chwilami bywa megalomanem, ale trudno mu się dziwić, skoro osiągnął tak wiele - mówi prof. Tadeusiewicz. - Kiedy był szefem katedry telekomunikacji, zorganizował jej jubileusz. Całą uroczystość zbudował wokół własnej osoby, podczas gdy u źródeł sukcesu, niezależnie od jego bezspornych zasług, stały też inne osoby, przede wszystkim prof. Henryk Górecki, który znalazł Filipiaka wśród wielu studentów i pomógł w budowie zrębów [katedry] telekomunikacji. I ani razu nie wspomniano jego nazwiska. Za łatwo zapomina, że ktoś mu kiedyś pomógł - dodaje.

Piłka to też "byznes"?

Młody Filipiak chodził na mecze Zawiszy Bydgoszcz. Teraz ComArch jest współwłaścicielem jednego z najstarszych polskich klubów - Cracovii, która przez ostatnie 20 lat żyła w cieniu Wisły Kraków. Inwestycja okazała się sportowym strzałem w dziesiątkę: w dwa lata z biednej trzeciej ligi klub wspiął się do ekstraklasy. - Zainteresowanie Cracovią nie wynika z ambicji kibica. To jest jak z Wierzynkiem: inwestowanie w dobry brand, majątek. Inwestycja w piłkę ma się zwrócić - mówi Filipiak.

Zawsze chodzi na mecze. Nienagannie ubrany, z nieodłącznym szalikiem. W Krakowie krążą legendy o jego powrotach z zagranicznych wojaży wprost na stadion, aby zobaczyć mecz. Teraz deklaruje, że przerwie letni urlop, aby wziąć udział w inauguracji ekstraklasy. - Kibic to jest mój klient. Gdybym grał przy pustym stadionie, to nie miałoby sensu - mówi.

Analitycy wyrażają się o klubie chłodno. - Nie do końca rozumiem zaangażowanie ComArchu w Cracovię. Osobiste hobby prezesa powinno być finansowane z jego własnej kieszeni, a nie z kieszeni inwestorów mniejszościowych - mówi Sobiesław Pająk z CDM Pekao SA.

Zauważalne jest, że Filipiak czasem przekracza subtelną granicę między byciem właścicielem klubu i kibicem. Gdy podczas ligowego meczu nie podobała mu się praca sędziego - otwarcie go skrytykował, nie przebierając w słowach. Kilka dni po awansie do ekstraklasy doszło do awantury z piłkarzami na tle wypłaty premii. Profesorowi puściły nerwy: "Jak się coś komuś nie podoba, to może wyp...!" Zdymisjonował prezesa i postanowił sam rządzić klubem.

- Kupno Cracovii należy traktować chyba bardziej w kategoriach ambicjonalnych niż szansy na realny zwrot z takiej inwestycji. Sądzę, że spółka powinna skupiać się na swojej podstawowej działalności - uważa Katarzyna Perzak, analityk z Domu Maklerskiego Millennium.

Profesor na urlopie
- Równie błyskotliwej kariery w biznesie nie zrobił żaden z profesorów AGH. Dla uczelni posiadanie osoby tego formatu intelektualnego jest dobre - mówi prof. Tadeusiewicz. - Wie, że kiedyś może powiedzieć: "Kończy mnie bawić biznes, wracam na uczelnię". To miejsce ma zawsze otwarte.

Prof. Filipiak nadal jest na urlopie bezpłatnym z AGH, który - decyzją rektora - jest przedłużany.
Tomasz Prusek
Źródło: Gazeta Wyborcza nr 161 z 12 lipca 2004

Wywiady

"Prezes Cracovii: Myślę o Lidze Mistrzów" -
Gazeta.pl

Prezes Cracovii: Myślę o Lidze Mistrzów

(fragment)

- Andrzej Klemba: W poprzednim sezonie fachowcy mówili, że stworzył Pan drużynę na środek tabeli, ale zespół o mało co nie spadł. Nie miał Pan dosyć zabawy w piłkę?

Janusz Filipiak: To byłoby kosztowne hobby. Nie traktuję inwestowania w Cracovię jako zabawy. Choć są tacy, jak szejk Muhamed z Dubaju, dla którego posiadanie 700 koni to hobby. Dla mnie Cracovia jest wyzwaniem, chcę z niej zrobić dobry klub. Jak zdarzają się niepowodzenia, to nie należy porzucać całego projektu. Stopniowo go realizujemy, na razie poprawia nam się infrastruktura. Od przyszłego sezonu ma wejść przepis, że każdy klub ekstraklasy musi mieć jedno boisko ze sztuczną murawą i dwa trawiaste. Nie wiem, który to spełni, choć akurat my nie będziemy mieli z tym problemów.

- Biznes jest chyba mniej nieprzewidywalny niż piłka?

- A to mnie pan rozbawił. Właśnie "Financial Times" na pierwszej stronie donosi o kryzysie i ogromnym zadłużeniu w Dubaju. Niby pokonaliśmy recesję, a runęły na nas problemy szejków, które mogą oddziaływać na gospodarkę światową. Biznesmen to taki człowiek, który częściej przegrywa.

- Pański Comarch właśnie dostał laur najbardziej innowacyjnej firmy. Cracovii do takich sukcesów daleko.

- Na zewnątrz to wygląda bardzo fajnie, ale wewnątrz ponosimy też sporo porażek. Cracovia też jest sukcesem. Kiedy przejmowaliśmy klub w 2003 roku, to była kompletna ruina pod każdym względem: prawnym, sportowym czy infrastruktury. Jeszcze do niedawna spłacaliśmy długi, których narobiły poprzednie zarządy. Traktuję Cracovię jak kolejną spółkę, tyle że bardziej medialną.

- Jakie plany wiąże Pan z klubem?

- Pewnie chciałby pan usłyszeć o Lidze Mistrzów. I realnie o tym myślimy. A dlaczego nie? Jak nie będzie takich marzeń, to nigdy się tam nie dostaniemy. Za dwa, najpóźniej trzy lata będziemy grali w europejskich pucharach. To gwarantuję! Już zimą ostro zainwestujemy. Chcemy kupić dobrych zawodników i jeśli trener Lenczyk będzie przekonany, kogo pozyskać, to mam na to pieniądze. Ściągnięcie Matusiaka i Golińskiego pokazało, że potrafimy być agresywni na rynku transferowym.

- W budowaniu wielkiej Cracovii ma pomóc współpraca z TSV 1860 Monachium?

- 10 grudnia podpiszemy umowę sponsorowania tego zespołu. W tym sezonie jeszcze nie będziemy na koszulkach, bo klub ma kontrakt z inną firmą, ale od przyszłego już tak. Współpraca będzie też dotyczyć kwestii sportowych. Być może jeszcze w tym oknie transferowym dołączy do nas jeden z ośmiu napastników TSV.

- W Cracovii ma Pan prawie 50 proc. akcji. Jak to będzie w TSV?

- Nie możemy być właścicielem drugiego klubu. Prawo tego zabrania. Gdy Niemcy pytali dlaczego, to powiedziałem, że byłby konflikt interesów, gdyby TSV i Cracovia spotkały się w Lidze Mistrzów (śmiech ).

- Ile Comarch zainwestuje w TSV?

- To tajemnica handlowa. Będziemy jednym z dwóch głównych sponsorów. Budżet Comarchu na marketing wynosi 40 mln zł i z tej kwoty idą pieniądze na Cracovię, TSV i np. organizowanie konferencji biznesowych oraz kampanie reklamowe.

- Skąd pomysł na współpracę z TSV?

- Od jakiegoś czasu inwestujemy w Niemczech i odnosimy tam sukces komercyjny. Przejęliśmy firmę SoftM, która lada chwila będzie działać pod logo Comarchu. Była jednym z niszowych sponsorów TSV i poszliśmy tym tropem. Chcemy się wypromować i stać się jedną ze znaczących firm na rynku informatycznym w Niemczech. Dlatego potrzebna jest nam dźwignia marketingowa. TSV jest podobnym klubem do Cracovii. Na dodatek w przyszłym roku obchodzi 150-lecie istnienia i to też chcemy wykorzystać. Choć klub jest w drugiej lidze, to na mecze przychodzi średnio 38 tys. ludzi. Na derby z Augsburgiem 12 grudnia na Allianz Arena spodziewają się 60 tys. kibiców. Tam będziemy mieli loże, gdzie możemy gościć naszych klientów. W Polsce chyba niewielu rozumie, jak ostro inwestujemy w Niemczech.

- Cracovia i TSV mają bardziej utytułowanych sąsiadów. W Monachium też jest momentami tak niezdrowa rywalizacja jak w Krakowie?

- Różnica jest taka, że Cracovia jest mniej więcej na tym samym poziomie co Wisła. Jestem przekonany, że w najbliższym czasie nie będziemy od niej gorsi. Niemcy są realistami i wiedzą, że TSV raczej nie jest w stanie dogonić Bayernu. To półka wyżej, jeśli chodzi o pieniądze, sukcesy i sławę. Tam różnica jest bardzo duża. W Krakowie za chwilę Wisła będzie nas gonić, choć po ostatnich derbach to już musi (śmiech ).

- Cracovia ma przynosić w przyszłości zyski?

- Do klubów sportowych zawsze trzeba dokładać. Może tylko Manchester United i jeszcze kilka innych jest dochodowych. W Niemczech wszystkie przynoszą straty.
Andrzej Klemba
Źródło: Gazeta.pl 7 grudnia 2009 [2]

Filmy

Linki zewnętrzne

Zobacz też


Poprzednik
Paweł Misior
Prezes MKS Cracovia SSA
28 VI 2004 - ...
Następca
...